Sierpień 10 2022 10:21:44
Nawigacja
· Strona główna
· FAQ
· Kontakt
· Galeria zdjęć
· Szukaj
NASZA HISTORIA
· Symbole gminy
· Miejscowości
· Sławne rody
· Szkoły
· Biogramy
· Powstańcy Wielkopolscy
· II wojna światowa
· Kroniki
· Kościoły
· Cmentarze
· Dwory i pałace
· Utwory literackie
· Źródła historyczne
· Z prasy
· Opracowania
· Dla genealogów
· Czas, czy ludzie?
· Nadesłane
· Z domowego albumu
· Ciekawostki
· Kalendarium
· Słowniczek
ZAJRZYJ NA


Fragment wspomnień wikariusza w parafii drobnińskiej z okresu VII.1963-VI.1964

Ks. Marian Kończak
W Drobninie

Parafia pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego w Drobninie została erygowana w 1934 roku, a więc byłem jej rówieśnikiem. Oprócz Drobnina należały do niej miejscowości: Garzyn, Mierzejewo, Bielawy, Brylewo i Zbytki. Ta wspólnota liczyła wtedy przeszło dwa tysiące wiernych. Kościół pobudowano w roku 1935, gdy proboszczem był ks. Eryk Szymkowiak, który zginął w Warszawie na początku wojny, w czasie bombardowania stolicy. Po wojnie parafianie sprowadzili jego doczesne szczątki do Drobnina i pochowali je przy kościele. Ks. Szymkowiak żył więc nadal we wdzięcznej i serdecznej ich pamięci.

W tym czasie, gdy przybyłem do Drobnina, proboszczem był ks. Kazimierz Zacharzewski. Miał wtedy 74 lata. Pochodził z diecezji wileńskiej. Święcenia kapłańskie przyjął w katedrze wileńskiej 23 czerwca 1912 roku. Złoty jubileusz kapłaństwa obchodził w 1962 roku. Ten bardzo szczupły i niewysoki kapłan chodził powoli, wprost dostojnie. Zawsze był wyprostowany, chociaż był już w podeszłym wieku. Nigdy nie nosił, ani nie używał okularów. Rzadko się uśmiechał. Ale gdy to czynił, odsłaniał w tym uśmiechu całe swoje życie wewnętrzne, zwłaszcza umiłowanie modlitwy i wielką życzliwość do każdego człowieka. Wstawał codziennie o szóstej rano. Przed pójściem do kościoła na mszę świętą odprawiał rozmyślanie i modlił się modlitwą brewiarzową. Jego siostra, pani Ania, mówiła mi kiedyś, że tak postępował przez całe swoje życie kapłańskie. Parafianie mówili mi w czasie kolędy: „Nasz ksiądz proboszcz to zacny kapłan!" Miło było usłyszeć taką opinię. W czasie pracy duszpasterskiej poznałem go bliżej i podzielam w pełni to zdanie.

Był bardzo solidny i dokładny w pracy, wprost pedantyczny. Miał bardzo wyraźne i piękne pismo. Pisał kaligraficznie. Te zalety dostrzegli zapewne jego przełożeni w diecezji wileńskiej, bo przez jakiś czas pracował w kurii diecezjalnej. Zabrakło jednak kapłana w parafii wiejskiej, niedaleko Wilna. Biskup nie miał kogo tam posłać. Wtedy on sam poprosił, by jego mianowano proboszczem tej parafii, choć wiedział, że opuści dosyć wygodne stanowisko kurialne.

Był człowiekiem bardzo schorowanym. Cierpiał na astmę i inne dolegliwości płuc. Często zanosił się suchym i dokuczliwym kaszlem. Oddychał z wielkim trudem. Z tych powodów praktycznie nie głosił kazań. Ten miły obowiązek spadał na wikarego. Moim poprzednikiem był ks. Henryk Demut, mój młodszy kolega z seminarium. Bardzo pięknie tutaj pracował. Zyskał serca proboszcza i parafian, zwłaszcza dzieci i młodzieży. Nic dziwnego, że jego przeniesienie na stanowisko wikarego do Wronek przyjęto z wielkim żalem. A do proboszcza doszła okrężną drogą wieść, że następca ks. Henia jest człowiekiem chorym i często ma niedyspozycję gardła. Z tego powodu przyjął mnie z niepokojem. Nie dziwiłem się tym jego obawom, bo sam je miałem. Zastanawiałem się, czy kuria zdawała sobie sprawę z faktu, że proboszcz z chorymi płucami i wikary z chorym gardłem, to nie najlepszy zespół duszpasterski w parafii. Zaufałem jednak Bogu i decyzji władzy duchownej. Mimo tych obaw, proboszcz przyjął mnie bardzo serdecznie.

Choroba ks. Zacharzewskiego przebiegała z różnym nasileniem. Najgorszym okresem dla niego była jesień i zima. Nie opuszczał w tym czasie probostwa, a mszę świętą odprawiał w dużym pokoju. W tym też czasie miał większe kłopoty ze słuchem. Jadaliśmy posiłki w milczeniu, bez żadnych rozmów. Trudno było prowadzić rozmowę z człowiekiem, który prawie nic nie słyszał. Przypominały mi się milczące posiłki w seminarium.

Ksiądz proboszcz pilnie słuchał „Radia Wolna Europa". Miał bardzo dobry odbiornik radiowy. Znał wszystkie audycje tej rozgłośni. Wiedział o ważnych wydarzeniach, jakie działy się na świecie. Moje radio nie było tak sprawne, a mogłem go słuchać tylko w godzinach wolnych od zajęć. Pamiętam dobrze wieczór 22 października 1963 roku, kiedy to bardzo wzburzony wszedł do mojego pokoju i powiedział, że dokonano zamachu na życie prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Kennedy'ego. Włączyłem swoje radio, ale słyszałem tylko trzaski. Poprosił mnie wtedy do swojego pokoju, bym tam wysłuchał wiadomości. Był to mój jedyny pobyt u niego. Mieszkał bardzo skromnie, był wielkim ascetą.

Bywało jednak, że jego niedyspozycje zdrowotne były mniejsze. Wtedy ożywiał się i chętnie ze mną rozmawiał. Może w ten sposób chciał mi zrekompensować milczące posiłki w innym czasie. Opowiadał mi o swoim życiu i pracy duszpasterskiej w jego ukochanej diecezji wileńskiej. Mówił piękną i poprawną polszczyzną, może trochę z akcentem wschodnim, ale mile brzmiącą. Nie wszystko zapamiętałem z tych rozmów. Utkwiło mi w pamięci opowiadanie o jego przeżyciach w czasie rewolucji październikowej. W czasie walk rewolucyjnych przyszli do niego na probostwo bolszewiccy żołnierze. Zdziwili się, że zastali księdza, który nie opuścił parafii. Zaimponował im swoją odważną postawą. Nawet oficer bolszewicki, człowiek bardzo wykształcony i inteligentny, niespodziewanie rozpoczął z nim poważną rozmowę na tematy religijne. Miał pretensje do Kościoła katolickiego, że jego reakcyjność polega na tym, iż spóźnia się z reformami społecznymi. Znał nawet encykliki społeczne Kościoła. Zarzucał jednak Kościołowi, że zbyt późno je wydał i dlatego rewolucja bolszewicka musi naprawić wszystkie niesprawiedliwości społeczne.

Ks. Zacharzewski przyjechał do Polski, do archidiecezji poznańskiej, po drugiej wojnie światowej, w czasie repatriacji ludności polskiej z tamtych terenów. Razem z nim przyjechały dwie jego siostry, Anna i Konstancja, nauczycielki oraz jego - bardzo już podeszła w latach - gospodyni. Arcybiskup Walenty Dymek w roku 1946 mianował go proboszczem w parafii Drobnin. Siostry księdza nie pracowały już, były emerytkami. Gospodyni, pani Elżbieta, z powodu starości i licznych chorób też nie pracowała już w swoim zawodzie. Mieszkała na probostwie. Opiekowały się nią - do końca jej życia - obie siostry proboszcza. Prowadziły także gospodarstwo domowe. Bardzo dbały o swojego brata i o wikarego.

Od września 1963 roku rozpocząłem katechizację dla wszystkich dzieci z Drobnina, Garzyna, Mierzejewa i Krzemieniewa. Jedynie klasę I uczyła pani Anna Machowiak z Mierzejewa. Katechezę dla młodzieży miałem w niedzielę po mszy świętej o godzinie ósmej. Natomiast dla dzieci szkolnych z konieczności w godzinach popołudniowych, ponieważ wcześniej miały zajęcia w szkołach. Władze administracyjne bardzo bacznie obserwowały przebieg katechizacji w punktach katechetycznych. Ks. proboszcz polecił mi, bym uczył dzieci w kościele. Przyjąłem to polecenie z zadowoleniem, gdyż sądziłem, że kościół jest najlepszym miejscem na przekazywanie prawd Bożych. Po pewnym czasie jednak zauważyłem, że dzieci zachowują się zbyt swobodnie. Uspokoiłem się, gdy w czasie jesiennych chłodów i mrozów w zimie katechizowałem w małym domku katechetycznym niedaleko probostwa. Jestem wdzięczny Panu Bogu, że dał mi tyle sił i zdrowia, że mogłem podołać obowiązkom katechety i, że przez tyle miesięcy mogłem w niedziele i święta odprawiać trzy msze święte i na nich głosić kazania w kościele, w którym nie było mikrofonizacji.

Ówczesny dekanat leszczyński był bardzo rozległy. Należało do niego 16 parafii: od Zbarzewa, Niechłodu, Gołanic, Jezierzyc Kościelnych i Długich Starych z kierunku wschowskiego; przez Krzycko Małe, Wilkowice i Święciechowę z kierunku wolsztyńskiego; Mórkowo, Goniembice, Osieczną z kierunku poznańskiego oraz Świerczynę, Drobnin i Kąkolewo z kierunku gostyńskiego. W sąsiadującej z Drobninem Świerczynie proboszczem był ks. Tadeusz Pilarczyk, który także pochodził z mojej rodzinnej parafii. Pamiętam jego prymicje kapłańskie w Kępnie, które odbyły się w niedzielę, 9 lutego 1947 roku. W Święciechowie proboszczem był ks. Stanisław Białek, który także pochodził z Kępna, u którego spędzałem ongiś wakacje kleryckie. Teraz mogłem go odwiedzać już jako kapłan pracujący w tym samym dekanacie.

Dziekanem tego dekanatu był proboszcz parafii Krzycko Małe, ks. Marian Balcerek. Jednak największym autorytetem wśród kapłanów cieszył się proboszcz parafii Leszno, ks. prałat Teodor Korcz. Leszno liczyło wtedy 30 tysięcy mieszkańców. Władze administracyjne nie zgadzały się na tworzenie nowych parafii. Była więc w tamtych czasach jedna parafia, skoncentrowana przy kościele św. Mikołaja. Ale ksiądz Korcz, za zgodą władzy diecezjalnej, zorganizował duszpasterstwo przy kościele pokalwińskim p.w. św. Jana Apostoła oraz przy kościele poprotestanckim p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej w Zaborowie, gdzie rezydował ks. Bolesław Potrawiak.

Ks. Korcz cieszył się wielkim autorytetem zarówno wśród kapłanów, jak i wśród wiernych, i to nie tylko swojej parafii. Z jego zdaniem liczyli się księża, władza diecezjalna, a nawet władze administracyjne. W Lesznie był proboszczem od 1950 roku, wcześniej w parafii Górzyce Wielkie, w dekanacie ostrowskim.

Z Drobnina jeździłem także autobusem do Gostynia, do klasztoru filipinów, by się tam wyspowiadać. Najczęściej spowiadałem się przed ks. Wiktorem Sobeckim, który przed wojną był wikariuszem w mojej rodzinnej parafii. Znałem go z czasów pracy w Poznaniu, był wtedy wikariuszem na Górczynie. Potem wstąpił do filipinów. Zaprzyjaźniłem się z niektórymi zakonnikami, np. z ks. Józefem Kwaśnikiem, który pomagał w duszpasterstwie w parafii Drobnin w czasie choroby ks. Zacharzewskiego. W czasie moich pobytów na Świętej Górze Gostyńskiej miałem okazję porozmawiać o wielu sprawach, nie tylko duszpasterskich. Zżyłem się w tym czasie bardzo mocno z tym miejscem. Nosiłem się nawet z zamiarem wstąpienia do tego zgromadzenia. Doszedłem w końcu do przekonania, że to nie jest droga dla mnie, bo celem tej kongregacji jest głoszenie rekolekcji i misji po parafiach, a temu zadaniu nie podołałbym z moimi nieustannymi niedyspozycjami gardła. Wiedziałem także, że z moim chorym gardłem nie podołam dalszej pracy w parafii Drobnin. Przedstawiłem te obawy biskupowi Jedwabskiemu. Zapewnił mnie, że znajdzie dla mnie kościół, gdzie są mikrofony. Zostałem powołany na stanowisko wikariusza w Buku. Odejście z Drobnina przeżywałem bardzo uczuciowo. Przyzwyczaiłem się już do tej parafii, a szczególnie do pięknego kościoła, w którym modliłem się tak długo sam i z ludźmi. Zżyłem się z dziećmi, młodzieżą i starszymi. Przywykłem do moich przechadzek po okolicznych polach i łąkach. Zauważyłem, że także i ks. proboszcz bardzo uczuciowo przeżywał odejście kolejnego wikarego z tej parafii.

_____________________________________________

Źródło:
Ks. Marian Kończak: „KAPŁANEM BYĆ CHRYSTUSA”,
Wydawnictwo-Drukarnia BONAMI, Poznań 2009.,
(str. 83-86, rozdział „W Drobninie”).

________________________
Dla www.krzemieniewo.net
wypisał: Leonard Dwornik

___________________________
Marian Kończak, syn Marcina i Stanisławy z Rybackich, urodził się 02.09.1934 r. w Kępnie. W czasie okupacji przez cztery miesiące chodził do niemieckiej szkoły dla dzieci polskich w odległym o 3 km Baranowie. Po Bożym Narodzeniu 1941 r. skończyła się nauka dla dzieci polskich i do końca okupacji nie uczęszczał do żadnej szkoły. Od 1943 do końca wojny pracował jako chłopiec na posyłki (Laufbursche) u Niemca pracującego w zakładach mięsnych w Kępnie. W Kępnie wojna zakończyła się 22 stycznia 1945 r. po wkroczeniu do miasta radzieckiej 53 brygady pancernej gwardii pod dowództwem pułkownika Wasyla Archipowa. Już w lutym 1945 r. rozpoczął naukę w kępińskiej szkole nr 2 (miał wtedy ponad 10 lat), z wielką wdzięcznością wspominając ówczesnych nauczycieli i wychowawców. Pierwszą Komunię świętą przyjął w 16 maja 1948 r. a w rok później, będąc już ministrantem, sakrament bierzmowania. 23 czerwca 1950 r. ukończył naukę w szkole podstawowej, zaliczając siedem klas w ciągu pięciu lat i czterech miesięcy. 1 września 1950 r. wstąpił do Niższego Seminarium Duchownego w Wolsztynie. Ponieważ władze oświatowe nie uznawały matury złożonej 2 czerwca 1954 r. w tym Seminarium jako wyznaniowej szkole prywatnej, będąc już od 1 października 1954 r. klerykiem Wyższego Seminarium Duchownego w Poznaniu, po rocznym przygotowaniu złożył w 1959 roku „państwową” maturę w II Korespondencyjnym Liceum w Poznaniu. Było to już po „poznańskim czerwcu 1956” i zmianach społeczno-politycznych zapoczątkowanych w październiku 1956 r. Święcenia kapłańskie przyjął 26 maja 1960 r. w Poznaniu, prymicyjną mszę odprawił 29 maja 1960 r. w kościele św. Marcina w Kępnie.
Niedługo po prymicjach otrzymał wokację na pierwszą placówkę wikariuszowską do parafii św. Wawrzyńca w Kamieńcu Poznańskim w dekanacie grodziskim od 1 lipca 1960 r.. Po roku pracy otrzymał pismo z nominacją na wikariusza przy kościele św. Jana Jerozolimskiego w Poznaniu, gdzie pracował dwa lata. Od dnia 1 lipca 1963 r. został powołany na kolejne stanowisko wikariusza, tym razem w parafii Drobnin w ówczesnym dekanacie leszczyńskim. Stąd na krótko został przeniesiony do Buku w powiecie nowotomyskim, gdzie był wikariuszem od 1 lipca do 31 sierpnia 1964 r., aby od 1 września tego roku podjąć pracę kapelana Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego w Lipnicy należącej do parafii Otorowo. Z dniem 1 września 1965 r. wrócił do rodzinnych stron na stanowisko wikariusza w parafii w Opatowie koło Kępna. Tu w Wielką Sobotę 14 kwietnia 1966 r. odprawił uroczyste nabożeństwo milenijne a następnie, jako delegat dekanatu, wziął udział w milenijnym sympozjum naukowym na KUL-u w Lublinie. Mimo przygotowań do egzaminu proboszczowskiego otrzymał kolejną nominację na wikariusza – znowu w dekanacie grodziskim, lecz tym razem od 1 września 1966 r. w Rakoniewicach. W dniach 15-16 listopada 1966 r. w kurii zdał egzamin proboszczowski.
Na następną placówkę wyjechał z Rakoniewic 31 sierpnia 1967 r. do Solca Nowego, gdzie przez wyłączenie kilku miejscowości z parafii Kębłowo* powstawał zalążek nowej parafii „Kębłowo 2”, w której otrzymał statut wikariusza-rezydenta jako rektora kościoła z poleceniem założenia ksiąg parafialnych. Początkowo mieszkał i urzędował u gospodarza na wsi. Formalnie zameldował się w Solcu Nowym we wrześniu 1967 r. Następnie zaadaptował do celów mieszkalnych wieżę kościelną, w której zamieszkał w pierwszych dniach grudnia 1968 r. uzyskując stosowną adnotację w dowodzie osobistym o zmianie numeru w adresie zamieszkania. Mimo perypetii (trochę podobnych do szykanowania niegdyś Michała Drzymały, mieszkającego w swoim wozie w Podgradowicach koło Rakoniewic) mieszkał i urzędował w tej wieży do końca swego prawie pięcioletniego duszpasterzowania w Solcu Nowym. W 1970 r. przyjmował w niej nawet ks. biskupa Tadeusza Ettera. Dopiero po odejściu ks. Mariana Kończaka Urząd do Spraw Wyznań w Poznaniu wyraził zgodę na formalne utworzenie parafii w Solcu Nowym. A odszedł on do Gulcza w dekanacie czarnkowskim na Ziemi Nadnoteckiej, gdzie z dniem 3 maja (nominacja biskupia od 2 maja) 1972 r., po upływie prawie 12 lat od święceń i ponad 5 lat od zdania egzaminu proboszczowskiego, został proboszczem parafii erygowanej w 1936 r. z kościołem wybudowanym w latach 1950-53. Zamieszkał tu w wydzierżawionym przez parafię jeszcze przed wojną domu położonym w centralnym miejscu wsi. W roku 1974, po styczniowym pożarze tego domu, władze powiatowe w Czarnkowie wyraziły zgodę na budowę w Gulczu nowego probostwa. Czynione przez ks. Mariana Kończaka, od chwili przybycia do Gulcza, przygotowania do takiej budowy zaowocowały bardzo szybkim jej rozpoczęciem i sprawnym przebiegiem. Probostwo pobudowano w ciągu niespełna dziesięciu miesięcy. Budowa probostwa i inne prace inwestycyjne w parafii, praca duszpasterska oraz dojazdy rowerem lub motorowerem na katechizację do trzech punktów katechetycznych bardzo odległych od kościoła przyczyniły się do tego, że bardzo poważnie zaczęło szwankować zdrowie proboszcza.
Z tego powodu otrzymał nominację z dniem 5 listopada 1983 r. na proboszcza w Biskupicach Ołobocznych w powiecie ostrowskim, parafii z jednym punktem katechetycznym przy zabytkowym drewnianym kościele. Mimo tej zmiany musiał jednak w lutym 1985 r. poddać się operacji usunięcia chorej nerki przebywając w szpitalu do października tego roku z powodu komplikacji pooperacyjnych. Oprócz ustawicznej pracy duszpasterskiej, katechetycznej i administracyjnej, nie zaniedbywał systematycznych konserwacji drewnianego dachu kościoła oraz remontów kościoła, probostwa, domu katechetycznego i cmentarza przykościelnego. Biskupice Ołoboczne wraz z całym dekanatem ołobockim w dniu 25 marca 1992 r. znalazły się w granicach nowoutworzonej diecezji kaliskiej.
W lipcu 2002 r. ks. Marian Kończak przeszedł na emeryturę. Za zgodą Ordynariusza Kaliskiego pozostał w parafii jako rezydent, zamieszkując w kilku zaadaptowanych pomieszczeniach domu parafialnego, w których poprzednio mieszkał organista. Pół roku później uległ nieszczęśliwemu wypadkowi, poruszając się od tego czasu bardzo powoli i posługując się przy tym laską. Jego następcą został mianowany ks. Witold Słowiński, któremu jako rezydent pomagał szczególnie w obsłudze konfesjonału i w całym posługiwaniu duszpasterskim, zwłaszcza w czasie choroby czy w czasie wyjazdów.
Ks. Marian Kończak swoje wspomnienia zatytułowane „KAPŁANEM BYĆ CHRYSTUSA” kończy na roku 2005, w którym jako pasażer uległ wypadkowi samochodowemu odnosząc m.in. liczne złamania kości. Szpital w Ostrowie Wlkp. opuścił po miesiącu. Nie wzmiankuje przy tym stanu, w jakim wyszedł z wypadku współpodróżujący z nim proboszcz – prawdopodobnie ks. Słowiński, który aktualnie (w czerwcu 2011 r. – LD) już nie jest proboszczem w Biskupicach Ołobocznych. Tak przynajmniej wynika z oficjalnego wykazu Dekanatów i Parafii Diecezji Kaliskiej, choć z lektury zmian personalnych w latach 2002-2010 publikowanych na oficjalnej stronie Diecezji Kaliskiej nie wynika, kiedy nastąpiła kolejna zmiana proboszcza w Biskupicach Ołobocznych. Na świeckich stronach internetowych można znaleźć wzmiankę, że nastąpiło to w roku 2007, a ksiądz Marian Kończak rzekomo jeszcze raz krótko pełnił obowiązki proboszcza w „okresie przejściowym”.

___________________________
*/ od 01.07.1966 do 30.06.1967 r. wikariuszem w Kębłowie koło Wolsztyna był ks. Henryk Demut, będący wcześniej wikariuszem w Drobninie (bezpośrednio przed ks. Marianem Kończakiem). Wikariuszem w Kębłowie był też przed I wojną światową późniejszy długoletni proboszcz w Poniecu – ks. Józef Sztukowski, który wrócił do Kębłowa na emeryturę i tam jest pochowany.

Postscriptum
Po ks. Marianie Kończaku wikariuszem w Drobninie był ks. Czesław Górzny, obecny proboszcz w Oporowie, który udostępnił książkę „KAPŁANEM BYĆ CHRYSTUSA” stanowiącą podstawowe źródło powyższego tekstu [przyp. LD].

Zdjęcie ks. Mariana Kończaka na pamiątkowym tableau parafialnym


WARTO ZOBACZYĆ
Dwór Drobnin

Kościół Pawłowice

Dwór Oporowo

Kościół Drobnin

Pałac Pawłowice

Kościół Oporowo

Pałac Garzyn

Dwór Lubonia

Pałac Górzno
Wygenerowano w sekund: 0.01 4,814,829 Unikalnych wizyt