Lipca 16 2024 12:17:57
Nawigacja
· Strona główna
· FAQ
· Kontakt
· Galeria zdjęć
· Szukaj
NASZA HISTORIA
· Symbole gminy
· Miejscowości
· Sławne rody
· Szkoły
· Biogramy
· Powstańcy Wielkopolscy
· II wojna światowa
· Kroniki
· Kościoły
· Cmentarze
· Dwory i pałace
· Utwory literackie
· Źródła historyczne
· Z prasy
· Opracowania
· Dla genealogów
· Czas, czy ludzie?
· Nadesłane
· Z domowego albumu
· Ciekawostki
· Kalendarium
· Słowniczek
ZAJRZYJ NA


Mazeppa
Lord Byron
MAZEPPA.
(przekład: Franciszek Morawski)


MAZEPPA.

Minął był właśnie straszny dzień Pułtawy
Gdzie od mocarza Szwedów szczęście zbiegło,
I już do krwawej niezdolne rozprawy
Szerokim mordem cale wojsko legło.
Chwała, potęga i laury wojenne
Czczone przez ludzi i jak ludzie zmienne,
Przeszły na cara zwycięzkiego stronę
I mury Moskwy znowu ocalone,
Aż do dnia, roku krwawszego wspomnienia,
Gdzie większej mocy, wyższego imienia,
Z całem swem wojskiem i sławą zwycięzką
Sroższy wróg nagle cięższą runął klęską,
Cięższym upadem i większym ogromem
Zgubą dla siebie, a dla wszystkich gromem.
Taka kość padła w grze tej dla Karola;
Musiał uciekać przez wody, przez pola,
I dniem i nocą mimo ciężkiej rany,
Swoją i swego ludu krwią oblany.
Tysiące padły w ucieczki obronie,
Nikt przecież nie śmiał w jego sarknąć gronie
W tej strasznej chwili dumy poniżenia
Gdzie prawda może ozwać się bez drżenia.
Koń pod nim poległ — Gięta pędzi, zsiada,
Daje mu swego i sam trupem pada.
Koń ten pod królem kilka mil przesunął,
Lecz i on wreszcie z przesilenia runął,
A Karol w lasach słoniących ogniska
Co zdala z wrogów tlały koczowiska,
W pośród snujące się podjazdów roje
Musiał na ziemi złożyć członki swoje.
O takież łoże, takie wieńce chwały
Dwa mężne ludy tyle krwi przelały!
Leżał wśród puszczy, z głową o dąb wspartą;
Z gasnącem życiem i duszą rozdartą;
Rany mu skrzepły, a znękane ciało
Zimnem mu nocy i bólem stężało.
Wrzący po żyłach ogień gorączkowy
Spędzał mu z oczu nawet sen chwilowy;
Przecież pomimo wszystkie klęski, ciosy,
Król po królewsku swoje znosił losy,
I choć pod gromem tak strasznej niedoli
Wszystkie boleści podbił mocą woli,
Do tak niemego zmusił je poddaństwa
Jak niegdyś mieczem swym podbite państwa.
Orszak z nim wodzów — niestety, jak mało
Z tej strasznej rzezi przy nim pozostało!
Lecz i w tym szczątku krew rycerska płonie,
Wre honor, wierność — wszyscy w niemem gronie
Smutni, posępni i trudem wybledli,
Króla i jego rumaka obsiedli,
Bo tam gdzie równa grozi im zatrata
Człowiek z zwierzęciem łączy się i brata.

* * *

W blizkości przy nich spokojny i mężny
Hetman i równie towarzysz monarszy,
Zasiadł Mazeppa, gdzie stał dąb potężny
Dąb jak on twardy i mało co starszy.
Lecz pierwszą jego troską koń zziajany,
Kozacki hetman oczyszcza go z piany,
Mnogi i suchy liść pod nim gromadzi
Głaszcze po grzywie, bok i krzyże gładzi,
Zwalnia popręgu i uzdę odkłada
I rad się patrzy jak mu smacznie zjada;
Bał on się bowiem, że po takim pędzie
Zroszonej nocą trawy jeść nie będzie.
Lecz on z nim w wszystkich tak stwardniał wyprawach
Że nie przebierał ni w leżu, ni w strawach;
Zmyślny, uczony i potulny razem
Wszystko za danym wypełniał rozkazem,
Śmiały i silny, długogrzywy, dziarski,
Tak się dał wodzić jakby koń tatarski.
Posłuszny panu, przyszedł, gdy zawołał
I w pośród wszystkich rozpoznać go zdołał.
On wśród tysiączne koczujące wrogi
W bezgwiezdnych nocach nie pomylił drogi,
A jak za matką swoją sarnie małe
Gotów był za nim latać przez dni całe.

Hetman na ziemi płaszcz swój rozpościera,
Odkłada szablę, o drzewo opiera,
Patrzy, czy w skutku tak długiej pogoni
Jaka część jego nie popsuta broni,
Czyli z panewki proch mu nie wypada,
Czy dość sprężysto zamek odpowiada,
Wszystko obziera po Pultawskim mordzie,
Temblak, rękojeść i szczerby na kordzie;
Wreszcie się do swych juk, manierki bierze,
Skromną i prostą rozkłada wieczerzę,
Wszystkich przekąską, napitkiem uracza,
Co najlepszego królowi przeznacza
Z mniejszą obawą, niźli w świetnem kole
Pochlebny dworak przy monarszym stole.
Karol z uśmiechem i twarzą łaskawą
Na chwilę skromną posila się strawą;
Wreszcie w zmuszoną wesołość przybrany
I jakby wyższy nad boleść i rany
Tak się odzywa: — Z wszystkich nas zarazem
Choć mężnych sercem i dzielnych żelazem,
Nikt tak nie wytrwał, nie podszedł, nie pobił,
Nikt mniej nie mówił, a więcej nie zrobił
Jak ty Mazeppo. W całym kręgu świata
Od Alexandra, aż po nasze lata

Nigdy dobrańszej nie widziano pary
Jak twój bucefał i ty wodzu stary!
Ty wszystkie Scyty twą chwałą przechodzisz,
Gdy jak grom pędzisz, lub przez rzeki brodzisz.
Straszna, szatańska, tak hetman zawoła,
Do takiej jazdy wprawiła mię szkoła.
Jak to? król rzecze, jeźliś z jej nauki
Tak dzielnie twojej wyuczył się sztuki? —
Długa to powieść, starzec mu odrzeka,
A na nas tyle mil i bójek czeka,
Gdzie nieraz jeszcze trzeba w kord uderzyć,
Nieraz jednemu z dziesięciu się zmierzyć,
Nim tam gdzieś nasze już bezpieczne konie
Bujne zadnieprza będą spasać błonie.
Lepiej snem, panie, pokrzep siły twoje,
A ja noc całą na straży przestoję.
Nie, nie, król rzeknie, proszę cię hetmanie,
Może, iż nieco ulży mi słuchanie
I z łaski twojej dar ten zyskać zdołam,
Którego dotąd nadaremnie wołam.

* * *

Kiedy tak, panie! a więc z całą chęcią
Siedmdziesiątletnią cofnę się pamięcią.
Dwudziestym pono rok miał w owej porze,
Gdym zdawna bawiąc na Warszawskim dworze,
Już od lat sześciu służył w paziów gronie;
Król Jan Kazimierz był wówczas na tronie.
Nie był on, panie, podobny ci w niczem,
Męztwem ci tylko zrównał wojowniczem,
Lecz chociaż wiele przewojował czasów
Przecież prócz sławnych na sejmie hałasów
Nie byłby innej pewno zaznał wojny,
Tak był z natury słodki i spokojny;
Z musu on tylko, lecz dzielnie wojował
I nie tak łatwo kord dobyty schował.

Miał on i inne licznych trosk podniety
Lubił poetów i lubił kobiety,
A te tak gryzły go przez zawiść swoję,
Że i najsroższe byłby wolał boje.
Szczęściem miał zawsze pociechę gotową,
Wziął nową książkę lub kochankę nową. —
Król często uczty wyprawiał wspaniałe,
Do bram się zamku cisło miasto całe,
By się przypatrzyć pięknościom Warszawy
I groźnym panom książęcej postawy. —
Z łaski on wieszczów wielkim mędrcem został,
Oprócz jednego, który nic nie dostał,
Palnął satyrę i wciąż się przechwalał,
Że nigdy dzieł swych pochlebstwem nie skalał. —
Dwór ów naówczas świetnością celował,
Grami, teatrem, a kto żył, rymował;
Ja sam skleciłem jakiś wierszyk tkliwy
Z smętnym podpisem "Tyrsys nieszczęśliwy."

* * *

I był tam pewien magnat nad magnaty
Jakby Wieliczka lub Olkusz bogaty,
Miał tytuł hrabi, godność wojewody
I wszystkie rodem swym przewyższał rody,
Tak też był dumnym, jakby jego plemię
Prosto z niebiosów zstąpiło na ziemię,;
A że był z wszystkich przy tronie monarszym
I najbogatszym i ze krwi najstarszym,
Tak w swe rodowe drzewo oczy wlepił
Tak się bogactwy, tak złotem oślepił,
Że skutkiem dziwnej w głowie mięszaniny
Sobie przywłaszczał świetne przodków czyny.

Nie tego zdania jego żona była
Co lat trzydzieści mniej niż on liczyła,
I ztąd po różnych przykrościach codziennych,
Nudach, dumaniach i nocach bezsennych,
Kilku spojrzeniach na młodzież Warszawy,
Kilku nadziejach i nieco obawy,
Po kilku tańcach i śpiewach rzewniących,
Kilku łzach wreszcie cnotę żegnających,
Czekała tylko na owe szczęśliwe
Chwile — wypadki — które najmniej tkliwe
Serca dam miękczą — by jak czuła żonka
Drogę do nieba złatwić dla małżonka,
A z której przecież w takiej mężów rzeszy
Najnabożniejszy nawet się nie cieszy.

* * *

Byłem ja wówczas w samym lat mych kwiecie,
Siódmy już krzyżyk przeżywszy na świecie,
Mogę otwarcie pochwalić się panie
Że czy to w wyższym, czy też niższym stanie.
W tem, co tu młodych czyni tak dumnemi
Nikt się z zalety nie mógł równać memi:
Siłę ja, młodość i wesołość miałem,
I nie tak, panie, jak dziś wyglądałem;
Tak niegdyś gładkiem było czoło moje,
Jak dziś jest zrytem przez czas, troski, boje,
Co tak pierwotny z niego wyraz zdarły
I tak dawnego Mazeppę zatarły,
Że nikt mię pewno z własnych sióstr i braci
Jużby nie poznał w dzisiajszej postaci.
Kwitnął mi jeszcze wiek mój młodociany,
Kiedym tej strasznej w sobie doznał zmiany;
Lecz choć mię liczne lata przywaliły,
Nie zmogły przecież ni męztwa, ni siły,
Inaczej bez tej dzielnej, twardej mocy,
Nie byłbym dzisiaj wśród tej czarnej nocy,
Pod gołem niebem, w głębi dzikich lasów
Powieść wam starych opowiadał czasów.

Postać Teressy — ach! widzę ją jeszcze....
W tej chwili nawet z jej widmem się pieszczę,
Zda się, że w mroku owych drzew przepływa....
Tak to pamiątka serca żywą bywa!
A przecież nie wiem czyli w ludzkiej mowie
I ludzkim głosem piękność jej wysłowię. —
Urocze oko Azyanki miała,
(Nieraz się bowiem krew polska zmięszała,
Z blizkiemi granic sarmackich Turkami),
Tak czarnem było jak niebo nad nami:
Ciągle zeń strzelał taki promyk wdzięczny
Jak z chmur północnych pierwszy błysk miesięczny.
Oko to płynnym promieniem się zdało
I niby w własnem swem świetle topniało,
Całe miłością — pół ognia — pół mdlenia,
Jak te z pod miecza męczennic spojrzenia,
Które ku niebu z takiem czuciem wznoszą,
Jak gdyby dla nich śmierć była rozkoszą.
Czoło jak w lecie jeziór kryształ czysty,
Z słońcem na głębi, a do dna przejrzysty,
Gdy mruknąć nawet ciche nie śmią tonie,
A niebo w całem odbijają łonie.
Lecz na cóż tego wdzięków jej wywodu,
Kocham ją zawsze, jak kochałem z młodu,
Taka jak moja miłość dzika, wrząca,
Ni w złem, ni w dobrem granic nie znająca
W wściekłości nawet bojów nie ostyga
I cień przeszłości aż w starość nas ściga.

* * *

Spotykam — wzdycham, spojrzała — spojrzałem,
Nic nie wyrzekła — przecież zrozumiałem.
Ach! bo są znaków i dźwięków tysiące,
Widzim je — słyszym — lecz któż je okryśli?
Są to te iskry mimowolne myśli
Z nagłej serc młodych burzy pryskające,
Co tworzą jakąś mowę dziwną, ciemną,
Mowę ognistą, wszechmocną, tajemną,
Łańcuch płomienny, co aż w dusze sięga
I bez ich woli serce z sercem sprzęga,
Rzekłbyś, że iskry elektrycznej siła,
Nagle w dwie duszo razem uderzyła.
Długom i długo z łzawem wzdychał okiem,
Jednym się nawet nie śmiał zbliżyć krokiem,
Ażem się wreszcie dał poznać, przedstawił,
I odtąd nieraz z nią rozmawiał, bawił.
Trudne mi było miłości wyznanie,
Raz przecie chciałem odważyć się na nie;
Ale zaledwie żem usta otwierał,
Już mój trwożliwy głos na nich zamierał.
Szczęściem, że wówczas pewna gra tam była
Co wszystkich nieraz całe dni bawiła,
Stara już pamięć nazwać jej nie zdoła
Lecz wiem, że była pusta i wesoła.
Do niej to trafem, czy przez szczęście moje
Razem przy sobie siedliśmy oboje.
Żadną się ja tam przegraną nie smucił,
Ni ku wygranej oczy moje zwrócił;
Dość miałem szczęścia, żem jej głosu dźwiękiem,
I jej oblicza mógł się poić wdziękiem,
Byłem jak czata przy niej przez czas cały;
(O gdyby nasze dziś tak czuwać chciały!)
Gdym wreszcie spostrzegł jakieś zamyślanie,
Ciągłość roztargnień, obojętne granie
Równą na zyski jak straty niedbałość
A przecież dziwną przy tej grze wytrwałość,
Jakby ją jakaś myśl skryta i czuła
Całą potęgą do tej gry przykuła.
Jak błysk piorunu, tak myśl nagła, śmiała,
W tym ciemnym dla mnie mroku zajaśniała,
Że się w jej twarzy coś takiego mieści,
Co mię nie skaże na wieczność boleści....
Szczęsny tą szczęścia mego przepowiednią
Całym war uczuć moich wylał przed nią,
Wszystko wyznałem — Bóg wie, co prawiłem
Słowa się w trwożnym plątały obłędzie,
Lecz że słuchała, a więc pewny byłem,
Bo kto raz słuchał, dalej słuchać będzie:
Serce jej czułe, a pierwsza odmowa
Nie znaczy jeszcze ostatniego słowa.

* * *

Kochałem, panie, i byłem kochany,
Mówią, że nigdy nie bywał ci znany
Ten szał tak luby — jeśli tak jest, panie,
Próżnobym z mojem szczęściem się rozwodził,
Z śmiechem byś tylko wzgardy patrzał na nie;
Ale nie każdy na króla się zrodzi!,
Nie każdy twojej duszy hart posiadał
Coś tak sam sobą jak ludami władał.
Jestem, lub raczej niegdyś księciem byłem,
Tysiącznym w bojach szykom hetmaniłem,
Wszystkom zgniótł, złamał; z sercem tylko mojem
Ciągle daremnym ścierałem się bojem.
Kochałem, panie, kochano mnie wzajem,
O! każda miłość byłaby tu rajem,
Gdyby jej koniec mniej bolesnym bywał....
Skryciem się tylko z Teressą widywał,
Lecz jeśli szczęściem było to spotkanie,
Szczęściem już dla mnie było czekać na nie,
Za nic dni, noce. — W tej jednej godzinie
Czułem, myślałem — i żyłem jedynie,
Nigdym podobnej nie zaznał godziny,
I gdybym znów był panem Ukrainy,
Chętniebym na jej oddanie się zgodził,
Bym tylko dawnym paziem się odrodził,
Tym szczęsnym paziem, co wszystko posiadał,
Gdy miał kochankę i kordem swym władał,
A w darach swoich natura wspaniała
Zdrowie mu, męztwo, moc i młodość dała.

Zejścia się nasze bywały skrytemi;
Mówią, że milej jest się kochać skrycie,
Nie wiem — lecz setne byłbym oddał życie.
Gdybym raz usty mógł ją nazwać memi
Moją, w obliczu i nieba i ziemi.
Myśl ta mi bowiem ciągle truła duszę,
Że ją ukradkiem tylko kochać muszę.

* * *

Mnóstwo ócz patrzy na kochanków dwoje,
Mnóstwo i na nas patrzyło oboje,
Niegrzeczny djabeł zdrajcę naprowadził,
Lecz krzywdę djabła — nie djabeł nas zdradził,
Pewno tam na ten związek cudzołożny
Jakiś świętoszek wylał jad pobożny.
Czujne nas szpiegi nocną zeszły dobą,
Zeszły, napadły i porwały z sobą.
Wściekał się hrabia — ja byłem bez broni,
Lecz choćbym nawet i miecz trzymał w dłoni,
Cały się wreszcie uzbroił żelazem,
Cóż mogłem począć przeciw tylu razem ?
Blisko to zamku pańskiego się działo,
Zdala od miasta — i ledwie że dniało.
Znikąd ratunku — w tak straszliwej dobie,
Kilka chwil tylko jeszcze licząc sobie
Boga za grzeszne przepraszałem życie
Kilku się Świętym polecałem skrycie,
Pewny, że zginę — gdy mię tłuszcza podła
Z krzykiem przed bramę zamkową przywiodła.
Wieczny z Teressą rozłączył nas przedział,
I jużem odtąd nic o niej nie wiedział. —
Okropną była wściekłość wojewody,
I prawdę mówiąc, miał do niej powody;
Najbardziej przecież złościł się z obawy,
By po nim jakiś tam owoc nieprawy
Imienia jego potomka nie zyskał.
Nie mniej i na tę myśl się wzdrygał, ciskał,
Że mu ta plama zbrudzi tarcz herbową
Rodu, którego on właśnie jest głową. —
W rzędzie on szczytnych sam się mieścił ludzi,
Myśląc, że wszystkich swoim blaskiem złudzi,
Mnie zwłaszcza swoją wielkością omami:
A ta, o zgrozo! dla pazia się plami!
Gdyby przynajmniej z królem przewiniła,
Zbrodnia ta jakoś mniejby straszną była,
Lecz z paziem! z paziem! — nie, nikt w ludzkiej mowie
Tak okropnego gniewu nie wypowie.
Konia tu dajcie! — i przywodzą, konia
O wprawdzie takich rumaków nie wiele!
Ukraińskiego wychowaniec błonia,
Jakaś myśl w całem rozdrżała mu ciele.
Dziki, własnego obawiał się cienia,
Dziki dzikością młodego jelenia;
Nigdy ni uzdą, ni ostrogą tknięty
I przed dniem jednym dopiero ujęty.
Z zjeżoną grzywą i opornym krokiem,
Z chrapiącem nozdrzem, zapienionym bokiem,
Strachał się, złościł, wspinał, rzucał dumnie
Groźny syn stepu prowadzony ku mnie.
Tłum mig sług porwał, na grzbiet konia cisnął,
Na dłuż rozciągnął, rzemionami ścisnął,
I puścił nagle. — Lecim gromem, strzałą,
Potok z tak naglą nie spada nawałą;
Lecim i lecim — dech się we mnie ścinał;
Dzień wówczas ledwie bielić się zaczynał,
Poznać nie mógłem w jakie pędzę strony:
On leciał, leciał pjaną ubielony.
Ostatnim dla mnie już głosem człowieka
Com go naówczas zasłyszał zdaleka,
Był ten sług podłych śmiech dziki, nieznośny,
Co jeszcze z wiatrem doleciał mię głośny.
Wścieklem się rzucał, twarz ku nim skierował,
Gryzłem ten rzemień, co mi kark krępował,
I choć ból straszny całą krew mi ścinał,
Wzniósłem się na pół i łżąc ich przeklinał.
Nie wiem, czy koń mój takim pędząc lotem,
Klątw mych nie zgłuszył kopyt swoich grzmotem.
Myśl ta mig trapi, gdyż się zemścić chciałem,
Zemściłem później całym zemsty szałem.
Nie ma tam, nie ma i jednego złamku
Mostów, bram, zapór, baszt i murów zamku,
Wszystkom rozorał, wszystko zburzył, skrwawił,
Na polach jednej trawki nie zostawił,
Chyba, że gdzieś tam z gruzów się wyciska
W miejscu głównego murów tych ogniska.
Stokroć przejść można plac tej rzezi sławnej,
A nie zamarzyć nawet twierdzy dawnej!
Gmach się ten w oczach mych z wieżami palił,
Z grzmotem rozpękły mur po murze walił,
Z czarnych, gorzących dachów miedź stopniała,
Na okół deszczem parzącym się lała;
Największą silę z najgrubszym ogromem
Starłem silniejszym zemsty mojej gromem.
Nie — nie myśleli oprawce zuchwali,
Gdy mię, jak błyskiem na tę śmierć posłali,
Abym tam kiedyś niepojętym cudem
Z dziesięć tysięcznym miał powrócić ludem,
I tak, w sowitej odpłacił nagrodzie
Przejażdżkę moję panu wojewodzie.

Srogo mękami bawili się memi,
Ale ja srożej poigrałem z niemi.
Czas wszystkie krzywdy spłaca nieomylnie,
Potrzeba tylko ciągle czuwać pilnie,
A żadna zręczność, żadna moc człowieka
Nic ujdzie zemsty, co cierpliwie czeka,
W krzywdzie skarb widzi i codzień doń zcicha
Dolicza lichwę — a na porę czycha.

* * *

Pędzim i pędzim jakby wichry, gromy,
Znikły za nami wszystkie ludzkie domy;
Pędzim i pędzim jakby szturmy, burze,
Krwawy meteor na niebios lazurze.
Nigdzie ni miasta, ni nędznej wioszczyny,
Niezmierne tylko dzikich step równiny
Czarnemi w koło opasane lasy,
I prócz tych gmachów, co się w dawne czasy
Przeciw Tatarom w groźnych wzniosły murach,
A których ledwiem mógł dojrzeć po górach,
Ni śladu ludzi. — Rok właśnie przed nami,
Turek z licznemi przeszedł tam wojskami,
A gdzie koń Spahów ziemię noga zryje,
Grunt się skrwawiony trawą nie okryje.
Pochmurno było. — Wietrzyk smętnym głosem
Zdawał nad moim użalać się losem,
A koń tak w strasznym pędzie się zaganiał,
Że mi i westchnąć i modlić się wzbraniał.
Na grzywę jego, którą wiatr rozwiewał,
Pot się mój zimny gęstym deszczem zlewał,
On zaś na oślep, bez celu, bez drogi,
Pędził i chrapał ze złości i trwogi.
Nieraz myślałem, że za krótką chwilę
Musi nakoniec już upaść na sile,
Gdzie tam! — zbyt wątłe i spętane ciało
Gniewnej jędrności igraszką się zdało.
Każdy ruch, którym wyzwolić się chciałem,
Wścieklejszym jeszcze rozogniał go szałem.
Na głos mój z trudem z piersi wyciśnięty
Tak w bok uskoczył jakby prętem cięty;
Z każdym tym głosem rwał się tak szalenie
Jakby zasłyszał trąb wojennych grzmienie.
Strumień krwi czarnej, co się z ran mych toczył
Spływał po ciele i pęta mi broczył,
A jak piekielnym gorzący płomieniem
Język ognistem palił się pragnieniem.

* * *

Lecim do lasów — czernią się do koła
Dzikie, rozlegle, okiem nieobjęte,
Sterczą potężne groźnych dębów czoła
Najsroższym nawet wichrem nieugięte,
Co wyjąc stepy Sybiru przelata
I grzmiącym szturmem całe bory zmiata.
Rzadko tam stoją te pyszne ogromy,
Lecz gęsto wśród nich rośnie krzew poziomy
Przybrany w liścia uroczej zieleni,
Nim je oberwie mroźny wiatr jesieni
Nim je po lasach i borach rozwieje
W przykrą i trupią czerwoność odzieje,
Co tak wygląda, jakby krew stężała
Na placu bitwy leżącego ciała
Którego żadna ręka nie pochowa,
A tak nie jedna stwardzi noc zimowa,
Że i dziób nawet żarłocznego kruka
Po zmarzłem licu jak po lodzie stuka.
Puszczę tę zarosł gąszcz młody, zielony,
Gdzie niegdzie stały dęby, sosny, klony.
Szczęściem, że z rzadka — gdyż w takim rozgonie
Stokroć bym pewno roztrzaskał się o nie.
Gnące się krzewy ciała mi nie darły,
A chociaż wszystkie rany się zawarły
Zimnem okrzepłe — przecież ból przemogłem,
A żem był w pętach, z konia spaść nie mogłem.
Szumiąc po liściach z całej pędził siły
Wśród drzew, wśród wilków, co zanim goniły,
A które ciągle tuż za naszym śladem
Mordem dyszące całem biegły stadem,
Tym długim cwałem, co nieraz w manowcach
I gniew i zapał znuży w psach i łowcach:
O kilka kroków w dzień już prawie biały,
Widziałem jak się przez gąszcz przewijały,
A w nocym słyszał jak chrzęszcząc liściami
Zdradnym poskokiem suwały za nami.
O jakbym chętnie z nimi bój był toczył,
Rąbał, mordował, miecz mój krwią ich broczył,
I gdym koniecznie już miał paść ich łupem!
Przynajmniej licznym otoczył się trupem!
Z razu gdy koń mój z takim pędził szałem
Chciałem by ustał — a teraz się bałem
Czy ujdzie wilkom; — lecz próżnom się lękał,
Dziki syn stepu twardych sił nie znękał,
Pędził sążnistym lotnej sarny biegiem:
Ziemia tak szybkim nie ściele się śniegiem,
Gdy zbłąkanego na polu wieśniaka
Nagle osypie, oćmi zawiej taka,
Że już do chaty swej nie znajdzie drogi:
Tak pędził, chrapał, dziczał z gniewu, trwogi,
Dziczał, jak zwyknie krnąbrne dziecko dziczeć,
Gdy chce swą fraszkę na matce wykrzyczeć,
Lub jak kobieta z silnej woli znana,
Gdy znajdzie opór i poczuje pana.

* * *

Z południa było, gdym już przebył bory,
Drżałem od zimna, choć wśród letniej pory,
Może iż skryty w żyłach dreszcz mię ziębił,
Bo kogóż długi ból by nie przygnębił;
A jam zupełnie wówczas był odmienny,
Silny, gwałtowny jak potok wiosenny;
Jeszczem nie zbadał uczuć mych przyczyny,
A już te czucia zmieniały się w czyny;
Cóż więc dopiero gdy się zlały w duszę,
Gniew, przestrach, wściekłość i wszystkie katusze,
Głód, zimno, nędza, boleść tak samotna,
I straszne pęta, i nagość sromotna.
Byłem ja przytem z takiego plemienia
Którego krew się łatwo rozpłomienia,
A taką rozkosz w pomście krzywdy czuje
Jakby grzechotnik w chwili kiedy kłuje.
Nie dziw, że ciosów wytrzymawszy tyle
Pień ten się zachwiał i upadł na chwilę..
Ziemia się gięła pod końskich nóg grzmotem,
Chmury mi wstecznym uciekały lotem,
Zdało się, żem miał już na ziemię runąć.
Lecz dla pęt moich nie mogłem się zsunąć.
Serce pękało — skroń głazem ciężyła,
Krew w niej chwilami biła, znów nie biła,
Nieba się wielkiem kołem obracały,
I jak pijane drzewa taczać zdały.
Jakiś błysk ciągle z pod mych tryskał powiek
I znów ciemniało — konający człowiek
Bardziej nie kona, niźli ja konałem.
Bity, miotany konia mego szałem
Czułem jak czarna już mię noc pokrywa
I znów czasami z oczu moich spływa.
Chciałem się mocą duszy mojej cucić,
Lecz już nie mogłem zmysłom życia wrócić.
Byłem ja w stanie morskiego rozbita,
Co się ostatniej w burzy deszczki chwyta,
To się z nią, wznosi, to znów w wałach ginie,
A wiatr go pędzi w wielką wód pustynię.
Drżące me życie było jak te liczne
W głęboką północ światła fantastyczne,
Które w malignach wzlatają przed nami
A z zamkniętemi widzim je oczami. —
Lekka ta boleść w krótkiej przeszła dobie:
Lecz sroższy po niej czułem zamęt w sobie,
Bałbym się, przyznam, doznać tak straszliwej
Męki, boleści przy śmierci prawdziwej,
A przecież myślę, że człowiek przy zgonie
Więcej wycierpi nim duszę wyzionie;
Lecz mniejsza o to: — kto tylekroć czoła
Nadstawił śmierci ten zadrzeć nic zdoła.
Wracam do zmysłów — cóż to? skądżem cały
Tak odurzony — tak zimny — skościały ?
Słabe, leniwe serca mego bicie
Powolne w ciele mem rozbudza życie:
Gdy wtem ból straszny nagle krew mi całą
Na wstecz odlunął, choć zimną, stężałą,.
Dziwny szum, szelest bije mi o uszy
I jakiś mroźny przestrach czuję w duszy.
Widzę nakoniec — lecz cóż mi to oczy
Jakąś powłoką, grubą, szklarnią mroczy ?
Może ja marzę jaką wód nawałę...
W głębi pod sobą widzę niebo całe,
Jasne gwiazdami. — Nie! — sen mię nie zwodzi!
Dziki mój rumak w dzikszych wałach brodzi.
Szerokiej rzeki lśniące się bałwany
Szumią białemi warzące się piany.
Pół ja dopiero byłem przebrnął rzeki
Od nieznanego brzegu tak daleki.
Czuję żem ożył, że silniejszy jestem,
Zimnym wód rzecznych orzeźwiony chrzestem. [*]
Dzielny mój rumak śmiało i zuchwale
Piersią rosnące wciąż przecinał fale,
Płynął, aż wreszcie całą szerz ich przebył,
Lecz brzeg ten dla mnie portem szczęścia nie był,
Gdyż wszystko za mną mgłą się kryło ciemną,
A noc i przestrach czerniły przedemną.
Nie wiem jak długo, i czy w nocy, we dnie,
Te między życiem i śmiercią pośrednie
Trwały męczarnie. — W stanie, w którym byłem,
Zaledwiem wiedział, że na świecie żyłem.
Z ciekącą grzywą lśniąc się, kurząc cały,
Silił się, parzchał rumak zadyszały,
Chwiał się, a przecież potężnemi kroki
Wdzierał się na brzeg stromy i wysoki.
Wdarł się nakoniec. — Przestrzeń nieprzejrzana
Szerzy się grozą i nocą zalana,
I tak wciąż naprzód szerzy się bezkreśnie,
Jak czarna otchłań wymarzana we śnie.
Gdzie niegdzie tylko jakieś rozrzucone
Place to białe, to ciemno-zielone,
A które wszystkie oświecał bladawo
Księżyc, co właśnie wówczas wszedł na prawo;
Lecz nigdzie żadnej wróżby, ni oznaki,
By gdzieś w pobliżu mieszkał wieśniak jaki,
Żaden nam płomyk z siedziby człowieka
Gościnną gwiazdą nie błysnął zdaleka.
Błędny się nawet ognik nic pojawił,
Któryby z mojem nieszczęściem się bawił.
Zwodnym on wprawdzie światłem by mię łudził,
Miłeby przecież zawsze czucie wzbudził,
Byłbym przynajmniej doznał tej pociechy,
Iżby mi ludzkie przypominał strzechy.

* * *

Koń mój biegł ciągle — lecz ta dzika siła,
Z którą tak pędził, już złamaną była:
Słaby, dyszący i z spienionym bokiem
Cięższym, leniwszym posuwał się krokiem;
Każdy mu wówczas byłby mógł poradzić
Dziecięciu nawet dałby się prowadzić,
Lecz nic to mojej nie ulżyło męce
Miałem związane i nogi i ręce,
A choćbym nawet i od pęt był wolny,
Nie byłbym może sobą władać zdolny.
Chciałem raz jeszcze z memi walczyć pęty
Któremi byłem tak silnie ujęty,
Lecz tylem mojem miotaniem się zyskał
Żem jeszcze mocniej węzły moje ściskał.
Płonne więc odtąd zaniechałem boje
Co rozjątrzały tylko rany moje.
Zdało się, że koń mój już wkrótce legnie,
Choć nie wiedziałem, gdzie jeszcze zabiegnie. —
Pierwszy brzask ranny wschód słońca zwiastował,
Lecz jakże długo z nocą się pasował,
Zdało się, że mgła ciężąca na zorzy
Nigdy przed młodym dniem się nie roztworzy.
Długo i ciężko dźwigała się w górę
Nim wschód w płomienną przybrał się purpurę,
Nim wszystkie gwiazdy pogasił na niebie
Wszelką ich jasność przyciągnął do siebie,
I z tronu swojej potęgi i chwały
Własnem swem światłem zalał okrąg cały.

Błysnął dzień jasny — mgłę rozproszył ciemną,
Leży świat blaskiem rozświecony słońca
Tak pusty w koło — za mną — i przedemną...
I po cóż pędzę przez ten step bez końca,
Przez lasy, rzeki. — Nikt tu stopy swemi
Siadu w tej bujnej nie wytłacza ziemi
Ni zwierz, ni człowiek. — W żadnej roku porze
Nikt tu nie przejdzie, nikt nigdy nie orze;
W całem powietrzu cisza tak straszliwa,
Ptaszek się ranną, piosnką nie odzywa,
Nie słychać nawet ni z trawy, ni z krzaczka
Cichego brzęku drobnego robaczka. —
Koń mój werszt kilka biegł tak zadyszały,
Jakby w nim wszystkie żyły pęknąć miały,
Widocznie przecież w każdej słabiał chwili,
Samiśmy tylko — ciągle sami byli.....
Aż, gdy tak coraz bardziej słabiał, dyszał,
Naglem gdzieś zdala rżenie konia słyszał.
Lecz nie — z błędnego sądziłem pozoru,
Wiatr to zapewne tak świszczał po boru....
Nie! nie! — z tych puszczy całe stado tłumnie
Sypie się, — zwiększa — tętni — pędzi ku mnie
Wielkim, rozległym pułkiem rozwinięte!
Chcę krzyknąć — próżno — usta na śmierć ścięte
Pędzą w swej całej wolności i pysze,
Lecz cóż to? — ludzi ni widzę, ni słyszę,
Któż je prowadzi? — bez jeźdźca, tysiące!
Rozwiane grzywy, kity pływające,
Nozdrza nawalnym oddechem rozwarte,
Pyski ni uzdą, ni kiełznem nie darte,
Boki kolcami nie kłute ostrogi
I nigdy podków nie znające nogi.
Tysiączny hufiec, dziki, wolny, śmiały,
Pędzi jak morza goniące się wały,
Pędzi, grzmi, tętni, cały step przelata
Jakby chciał witać nieznanego brata.
Widok ten chwilę krzepi go i cieszy,
Zrywa się niby i choć słabo, spieszy,
Sili się, cichem rżeniem odpowiada,
Chwieje się — plącze — i nakoniec pada.
Leży i dyszy z okiem już zmartwiałem,
Z stęgłem, bezwładnem, kurczącem się ciałem.
Skończył już bieg swój, pierwszy i ostatni.
Przybiegłe stada patrzą na zgon bratni,
Dziwi je moja postać rozciągnięta
I krwawe z koniem wiążące mię pęta,
Patrzą się — stoją — trwożnem mierzą okiem,
Wietrzą — strachliwym przebiegają krokiem,
To się przybliżą, to znów pierzchną społem,
To w końcu wielkiem oblatują kołem,
Aż wreszcie nagły na nie postrach pada
Pędzą za jednym jakby królem stada,
Który tak kruczą maścią lśni się cały
Że jej nie plami i jeden włos biały.
Pienią się — chrapią — rżą — od trupa stronią,
Płoszą — pierzchają — i po lasach chronią.

* * *

Sam odtąd z wszelkiej nadziei wyzuty
Zostałem w stepie — do trupa przykuty.
Leżał podemną, zimnem, martwem ciałem,
Któremu wreszcie już ciężyć przestałem
Długom się z wspólnych nam więzów wydzierał,
Teraz z nim leżał — na zmarłym umierał.
Nigdym nie myślał, że w tak strasznej doli
Bóg jeszcze jutra dożyć mi dozwoli.
Tak przez dzień cały z memi leżąc pęty
Każdą godziną jak głazem ciśnięty,
Tylem żył jeszcze abym widział słońce
Już raz ostatni dla mnie zachodzące.
W strasznej pewności, że już umrzeć trzeba
Zimnom się poddał był pod wyrok nieba
Pod tę śmierć, co nam rok za rokiem grozi
I serca trwogą już ostatnią mrozi,
Co niezawodna — czasem darem bywa
Nawet gdy nieco zbyt wcześnie przybywa,
Od której przecież jak od sidła stronim,
Myśląc, że naszą troską się obronim;
Czasem naszemi wzywamy ją łzami,
Czasem też sobie zadajem ją sami;
Lecz jaką kolwiek bywa ta śmierć nasza,
W każdej postaci, razi nas, przestrasza,
I choć nam męki przerywa najkrwawsze
Zawsze jest groźną i okropną zawsze.
Dziwna rzecz! — ludzie co w rozkoszach żyli,
Nad miarę z pięknem pieścili się łonem,
Ucztami, złotem i władzą opili,
Spokojnym często umierają zgonem,
Spokojniej, niźli ciągłych nędz ofiary:
Gdyż ten co wszystko wypił z życia czary,
Wszelki wdzięk, nowość, — czegóż już przy grobie
Może żałować, może życzyć sobie?
Nędzarz nadzieją lepszej żyje doli,
A choć śmierć sama z nędzy go wyzwoli,
On na nią zwiędłem okiem się użala,
Że mu przyszłego raju drzewo zwala.
Jutroby może było dniem nagrody
Za wszystkie wzgardy, nędze i przygody,
Jutroby pierwszy dzień mu życia błysnął
Któryby krwawych łez mu nie wycisnął,
Nie słyszał przeklęstw — dzień szczęściem brzemienny,
Wróżbą lat długich tak jasny, promienny,
Przez łzy niedoli oddawna widziany,
Dzień, coby wszystkie mógł zagoić rany.
Dzień, w którym na raz odzyskałby tyle
W władzy — świetności — chwale — szczęściu — sile,
I dzień ten jego przyświeci mogile!

Słońce w zachodnich już gasło obłokach,
A ja na zimnych wciąż leżałem zwłokach,
Pewny że nasze tam pogniją ciała;
Wzrok mój się zciemnił, śmierć potrzebą stała.
Bez tchu, ratunku, bez nadziei cienia,
Ostatnie w niebo wznosiłem spojrzenia.
Lecz gdym tak patrzył okiem już gasnącem,
Kruk mi przeleciał między mną i słońcem,
Co pewno na śmierć nie zaczeka moję,
Ażeby na nas zacząć ucztę swoję.
Latał i siadał i znowu się zrywał,
I coraz, coraz bliżej oblatywał,
Wciąż mi on lecąc czernił się na niebie,
A raz tak blisko ujrzałem go siebie,
Żem mógł z łatwością silny raz mu zadać
Gdybym choć najmniej mógł był sobą władać,
Słaba jednakże walka z pęty memi,
Lekki ruch ręki — skrzyp drapanej ziemi,
Krzyk mój ochrzypły z trudem wydzierany.
Co nawet nie wart głosem być nazwany
Spłoszyły kruka, trwożnym pierzchnął lotem
Odtąd już nie wiem, co się działo potem.
Sen mój ostatni był jak gwiazda lśniąca,
Co wdzięcznie zdala, znów bliżej krążąca,
Wciąż mi się wolnem przemykała snuciem,
Żyłem tem zimnem, płynnem, stęgłem czuciem,
Co nas przy zmysłów ożywia powrocie,
Znów głębiej w śmierci tonąłem ciemnocie
I znów na chwilę życiem czuł na nowo
Chwilowo boleść i ulgę chwilowo,
Znów zimna niemoc serce lodem ścisła.
Raz po raz jakaś iskra z mózgu trysła,
Tchu mi zabrakło — dreszczem bólu drżałem,
Jeden puls — oddech — i już czuć przestałem.

* * *

Budzę się — gdzieżem? — cóż to za źrenice
Tak silnie w moje wpatrują się lice?
Istotnież ja to pod dachem przebywam,
Istotnież w izbie — na łożu spoczywam?
Ludzkież to oko? w ziemskim że to wzroku
Tyle jasności i tyle uroku?
Zamykam oczy i jeszcze się boję,
Czy w męcie myśli dawnych widm nie roję? —
Z długiemi włosy, hoża, wdzięczno-lica
Czuwa siedząca przy ścianie dziewica;
Już w pierwszej chwili mojego ocknienia,
Silniom był uczuł iskrę jej spojrzenia.
Dzikiem i czarnem we mnie wryta okiem,
Rzewnym, litośnym zda się błagać wzrokiem,
Patrzę się — patrzę — i widzę nareście
I twarz istotną i rysy niewieście.
Czuję że żyję, i że już na puszczy
Pastwą żarłocznej nie zostanę tłuszczy.
Młode kozackie dziewczę ledwie zoczy
Że z trudem chore znów roztwieram oczy,
Wdzięcznym swą radość objawia uśmiechem,
A gdy chcę mówić, zbliża się z pośpiechem
Z palcem na ustach daje znak milczenia
Abym wszelkiego strzegł się wysilenia,
Na słaby nawet ruch się nie zdobywał
I do sił zwrotu w milczeniu spoczywał.
Bierze mig za puls, szuka go i bada,
Podgłówki moje dogodniej układa,
Z izby się kroki wymyka cichemi,
I drzwi odchyla i szepce za niemi,
Żaden głos w życiu nie brzmiał mi tak miło,
W jej chodzie nawet coś wdzięcznego było!
Ale że wszyscy jeszcze w chacie spali,
Wyszła więc z izby i jeszcze raz z dali
Troskliwem na mnie okiem się spojrzała
I jeszcze drugi niemy znak mi dała,
Bym się nie lękał, gdyż ludzie są bliscy,
A wszyscy pewni i chętni mi wszyscy,
Każdy z nich zaraz na mój głos się stawi
I ona także niedługo zabawi.
Wyszła, a wtenczas gdy ją z ócz straciłem,
Czułem dopiero jak samotny byłem.

* * *

Przyszła, rodzice przywodząc mi swoje....
Ale już dłużej nudzić się was boję,
A jeszcze prawić byłoby nie mało,
Co się tam ze mną, wśród Kozaków działo.
W dzikiem mię, pustem znaleźli bezdrożu,
W najbliższej chacie złożyli na łożu,
Do zmysłów, życia, powrócili z trudem,
Na to bym kiedyś ich zarządzał ludem.
Dumny mnie głupiec i przemyślny w karze
Pognał w głąb dziczy w całym zemsty żarze,
Bym w pętach, nagi, we krwi, bliski zgonu,
Pędząc przez stepy, dobiegł aż do tronu!
Któż przejrzy w świecie co mu los przeznacza?
Niech więc nikt z naszych nie słabnie, rozpacza,
Jutrzejszy ranek może nasze konie
Ujrzyć za rzeką na tureckiej stronie.
Nigdym tak żadnych nie uwielbiał fali
Jak Dniepr uwielbię gdy nas już ocali.
Dobra noc, bracia! — i wraz z słowy temi
Starzec jak długi kładzie się na ziemi,
Na prędce liściem zasłanej dębowem,
Łożu dla niego ni twardem, ni nowem,
Na sen mu bowiem miły i swobodny
Każdy był zakąt, każdy czas dogodny.
Tak spał i teraz. — Król się nie odwrócił,
By mu choć jedno grzeczne słówko rzucił,
Lecz się nie dziwcie. — Z zbyt prostej przyczyny
Karol tak milczał — zasnął od godziny.

KONIEC MAZEPPY.

_______________________

PRZYPISKI DO "MAZEPPY"

Celui qui remplissait alors cette place, etail un gentilhomme polonais, nommé Mazeppa, né dans le palatinat de Podolie; il avait été elevé page de Jean Casimir, et avait pris à sa cour quelque teinture des belles lettres.
Une intrigue, qu'il eut dans sa jeunesse ave la femme d'un gentilhomme polonais ayant été decouverte, le mari le fit lier tout nu sur un cheval farouche, et le laissa aller dans cet état. Le cheval, qui était du pays de l'Ukraine, y retourna et y porta Mazeppa demi - mort de fatigue et de faim. Quelques paysans le secoururent: il resta long teins parmi eux, et se signala daus plusieurs courses contre les Tatares. La superiorité des ses lumieres, lui donna une grande consideration parmi les Cosaques: sa reputation s'augmentant de jour en jour, obligea le czar à le faire prince de l'Ukraine.

* * *

Le roi fuyant et poursuivi, eut son cheval tué sus lui; le colonel Giéta blessé et perdant tout son sang, lui donna le sien. Ainsi on avait remis deux fois à cheval, dans sa fuite, ce conquerant, qui n'avait pu y monter pendant la bataille. Le roi allait par un autre chemin avec quelques cavaliers. Le carosse ou il était rompit dans sa marche; on le remit a cheval. Pour comble de disgrace, il s'egara pendant la nuit dans un bois: la son courage ne pouvant plus suppléer a ses forces epuisées, les douleurs de sa blessure devenues plus insupportables par la fatigue, son cheval etant tombé de lassitude, il se coucha quelques heures au pied d'un arbre, en danger d'etre surpris a tout moment par les vainqueurs qui le cherchaient de tous cotés.
Voltaire, Histoire de Charles XII. p. 191, 220, 221.

* * *

Mazeppa z konfuzyą wyszedł z Polski, a to z tej przyczyny. Na Wołyniu miał wioskę w sąsiedztwie z Falibowskim, któremu znęcił się był do domu, nie wiem po co; że zaś tam przebywał często kiedy Falibowski wyjechał, dopowiedzieli o tem panu domownicy, ci osobliwie co karty zapraszające nosili i byli świadomi owych konwersacyi. Pewnego czasu założył sobie Falibowski drogę jakąś daleką, pożegnał się z żoną i wyjechał. Stanął zaś na tym trakcie, którędy Mazeppa przejeżdżał, aż tu bieży z kartą ten, co zawsze zwykł bywać posłańcem i sam o tem panu powiedział. Falibowski wziąwszy kartą, przeczytał jako się tam zapraszają na ochotę, obznajmując zarazem, że Jegomość wyjechał w drogę. Oddawszy Falibowski tę kartę owemu tajnemu sekretarzowi, rzekł: "jedź, a proś go o odpis, mówiąc, że Jejmość prędko kazała". Tak uczynił, a pan go czekał, póki nie powrócił z odpowiedzią, bo dwie mile było biegać. Skoro go tam tedy wyexpedyowano, skoczył przodem i oddał panu kartę, w której Mazeppa deklaruje swoję gotowość do usług i obiecuje się zaraz stawić. Jakoż po chwili jedzie Mazeppa, spotkawszy się czoło z czołem, pyta pan Falibowski: "dokąd jedzież?" Powiedział, że gdzieindziej. Falibowski: "proszę na wstęp." Wymawia się Mazeppa, że pilną ma drogę, i pyta: "WPan też widzę gdzieś jedziesz?" Falibowski: "o, nie może być", a w tem cap go za kark, pytając: "a to co za karta?!" Mazeppa zdechł ze strachu; nuż prosić, że to pierwszy raz dopiero jedzie i że tam nigdy nie postał. Falibowski woła owego sekretarza i pyta: "chłopie! siła razy tam był w mojej niebytności?" Odpowiada: "ile włosów na mej głowie". Dopiero Falibowski kazał Mazeppę wziąść, a jadąc mówił do niego: "obieraj śmierć". Prosił, żeby go nie zabijać, i przyznał się do wszystkiego. Takci Falibowski nacudował się nad nim i namęczył, a rozebrawszy go do naga, przywiązał go na własnym jego koniu, zdjąwszy kulbakę i obrócił twarzą do ogona, a tyłem do głowy, ręce opak związał, nogi koniowi pod brzuch przywiązał, a potem bachmata, dosyć z przyrodzenia bystrego, potężnie zhukano, kańczugami osieczono, a jeszcze mu nagłówek ze łba zerwawszy, kilka razy nad nim strzelono. Tak tedy ów bachmat jak szalony skoczył ku domowi, dokąd trzeba było jechać chrustami, przez głóg, leszczynę, gruszczynę i ciernie, a nie drogą przestronną lecz ścieszkami, którędy koń drogę do domu pamiętał, bo często tamtędy chodził, jak to zwyczajnie na czaty nie gościńcem ale manowcami jeżdżą, i trzeba się tam bardzo często uchylać, choć cugle w ręku trzymając, mijać złe i gęste miejsca, a po staremu czasem i po głowie gałąź dała i suknie rozdarła, a tu dopiero nagiemu, tyłem do głowy siedzącemu, na tak bystrym i zhukanym koniu, który od strachu na oślep jechał, gdzie go nogi niosły; ileż się tam nie dostało specyałów, dopóki owych szerokich chróstów nie przejechał, snadnie domyślić się można; a do tego. miał i assystencyą z dwóch lub trzech ludzi, aby go nie puszczono i żeby się kto nad nim nie zlitował. Przypadłszy przeto przed swoje wrota ledwie żyw, woła stróża; stróż poznał głos i otwiera, lecz obaczywszy straszydło, co tchu zamknął i uciekł. Wywołał wszystkich ze dworu, ci zaglądają drzwiami i żegnają się; on się zwierza, że ich pan prawdziwy, oni nie wierzą; gdy już jednak mało co rzec mógł, będąc zbity i zziębły, puścili go. Falibowski zaś przyjechawszy do żony wiedział już wszystkie sposoby, zakołatał więc w to okno, którędy Mazeppa wchodził. Otworzono i przyjęto jako wdzięcznego gościa; ale co za to ucierpiała, tego nie godzi się tu opisywać. Mazeppa też ledwie nie zdechł, a wysmarowawszy się należycie, z samego wstydu wyjechał z Polski. Pamiętniki Paska, wydanie Raczyńskiego; p. 168 — 171.

* * *

Karol widząc, że bitwa już zupełnie przegrana, i że nadzieja ocalenia w najspieszniejszem cofnięciu się mu pozostała, mimo boleści z ran pochodzącej, siadł na konia, i z ostatkiem swego wojska uszedł do miejsca, zwanego Perewolochna, leżącego przy samem ujściu Worskli do Borystenu. Tam w towarzystwie Mazeppy i kilkuset zbrojnych przepłynął szeroką rzekę, a uchodząc krajem pustym i zniszczonym, ciągle przytem śmiercią głodu zagrożony, dostał się wreszcie do rzeki Bohu, gdzie uprzejmie przez tureckiego baszę przyjętym został. Piotr Wielki żądał od Turcyi wydania Mazeppy, ale nagła choroba hetmana, która jego skończyła się zgonem, uwolniła go od wściekłości straszliwego wroga. Barrow's Peter the Great. p. 166 — 203.

* * *

Oprócz Woltera i Byrona, Puszkin w poemacie "Pułtawa", Zaleski w dumie, Słowacki w dramacie, a Bułharyn w romansie, starali się imię Mazeppy rozsławić. Najwięcej o nim i jego głośnych a tak licznych, miłostkach wieści zebrał Alexander Przezdziecki, i te w I-szym tomie Atheneum przez wydawcę Kraszewskiego umieszczone zostały. Znajdzie tam czytelnik oprócz Falibowskiej ciekawe szczegóły tyczące się Karlicy Naryszkin, Matrony Koczubejownej i Xiężnej Dolskiej. Rozprawka ta Przezdzieckiego przyozdobiona jest ryciną wystawiającą Mazeppę i fac smile podpisu hetmańskiego.

* * *

Tłómacz uznał za potrzebne sprostowanie kilku rysów w obrazie Jana Kazimierza.

________________________

*/ O wątpliwości Tłumacza odnośnie odmiany słowa „chrzest” („chrztu” czy „chrzestu”?)

MAZEPPA by Lord Byron – tekst oryginalny (w języku angielskim)


WARTO ZOBACZYĆ
Dwór Drobnin

Kościół Pawłowice

Dwór Oporowo

Kościół Drobnin

Pałac Pawłowice

Kościół Oporowo

Pałac Garzyn

Dwór Lubonia

Pałac Górzno
Wygenerowano w sekund: 0.00 6,490,067 Unikalnych wizyt