Kwietnia 23 2024 05:49:28
Nawigacja
· Strona główna
· FAQ
· Kontakt
· Galeria zdjęć
· Szukaj
NASZA HISTORIA
· Symbole gminy
· Miejscowości
· Sławne rody
· Szkoły
· Biogramy
· Powstańcy Wielkopolscy
· II wojna światowa
· Kroniki
· Kościoły
· Cmentarze
· Dwory i pałace
· Utwory literackie
· Źródła historyczne
· Z prasy
· Opracowania
· Dla genealogów
· Czas, czy ludzie?
· Nadesłane
· Z domowego albumu
· Ciekawostki
· Kalendarium
· Słowniczek
ZAJRZYJ NA


Skarb w Luboni

Wypis z książki:
Podania i legendy polskie, ruskie i litewskie. Zebrał L. Siemieński,
Wybór, wstęp i opracowanie K. Pamuła. Słowo wstępne J. Krzyżanowski,
Warszawa 1975
-----------------------------------------

S k a r b w L u b o n i

W starym zamku, z którego dziś pokazują tylko kopiec, znajdowały się ogromne skarby; każdy nowy dziedzic Luboni mógł je widzieć we śnie pierwszej nocy swego pobytu w zamku. Skarby te przecież tylko niewinnymi rękami i bez pomocy żelaza dobyte być mogły. Zabierał się niejeden do wykopania ich, lecz wstręt jakiś niepojęty przeszkadzał każdemu do wykonania tego zamiaru. I tak wciąż i wciąż było, aż nową ugodą Lubonia przeszła w ręce pani Zborowskiej dziedziczki ośmdziesięciu wsi okolicznych.

Po nabyciu Luboni wprowadziła się do zamku nowa dziedziczka i zaraz pierwszej nocy widziała we śnie owe skarby. Co więcej, widziała je noc po nocy ciągle przez cały rok i przez ten czas równie jak jej poprzednicy wstrętem przejęta, nie odważyła się ich poszukiwać. Przemogła wreszcie chciwość i po upłynionym roku postanowiła pani Zborowska przywieść swój zamiar do skutku. W tym celu powołała dzieci włościan swoich nie więcej od trzech lat mające i rozkazała im rękami rozrzucać ogromny kopiec. Ziemia w Luboni urodzajna, lecz twarda, niesłychane trudności stawiała słabym pracownikom. Groźbą więc zmuszono dziatki, a nawet karano, gdy upadające na siłach pracować nie mogły. Tym sposobem spiesznie szła robota skraplana krwią niewinnych dziatek. Po długim kopaniu już rozumieją wszyscy, że skarby są blisko, pokazują się albowiem w ziemi obrabiane głazy, dalej ciągły mur, dalej sklepienie, na koniec drzwi żelazem okute. Niełatwo było je odbić. Odbito przecież, ale za tymi drzwiami pokazują się drugie, za drugimi i trzecie, a coraz cięższe i coraz mocniejszym żelazem okute. Wszystkie jednak wywalono; a za odbiciem ostatnich pani Zborowska postrzega kupy złota tak gęste jedne przy drugich, tak wysokie, jak kupy plew lub zgonin w spichlerzu. Łakomie rzuca się na złoto pani Zborowska, gdy niespodzianie okropny jakiś ryk daje się słyszeć ze dworu; wybiegają wszyscy i na pagórku blisko wsi leżącym, a zwanym łysą górą, spostrzegają jeźdźca na koniu, koń był maści szarej; tegoż koloru był i jeździec, i ubiór jego. — Szatan mi na imię — ryknął ów jeździec — i skarby te są moje. Biada temu, kto się ich dotknie, ogniem karać będę zuchwalca. — Rzekł i zniknął. Wszyscy srodze się przelękli. Pani Zborowska jedna się nie zlękła, bo zaraz wraca do sklepu, ręce ku skarbom wyciąga i garść złota bierze. W tejże chwili dochodzą ją głosy domowników: — Gore! Gore w Pawłowicach! — Odbiegają wszyscy swej pani i biegną na ratunek wsi, lecz na próżno! Cała się doszczętnie spaliła.

Nazajutrz pani Zborowska głucha na prośby i zaklęcia swych dworskich, sama jedna powraca do okropnego sklepu i rękę ku skarbom wyciąga i garść złota bierze i w tejże chwili dolatują ją strwożone głosy ze dworu: — Gore! Gore w Zdzitowiecku! — Odbiegają swej pani i spieszą na ratunek rzeczonej wsi, lecz na próżno, bo i ta całkiem spłonęła. I tym sposobem dwanaście wsi spaliło się, a pani Zborowska nieugięta i niepohamowana w łakomstwie garnęła do siebie złoto, własność szatana.

Spełniła się przecież miarka jej występnej obojętności na nieszczęście bliźnich. Poddani jej, zbuntowawszy się, zamordowali ją i ziemią zarzucili zaklęte skarby.

Oryginalny tekst legendy – patrz też:
http://monika.univ.gda.pl/~literat/podania/063.htm
http://www.polska.pl/files/Legendy.pdf?file_id=29647

-------------------------------------------

W wydawnictwie: T.Mulczyński, E.Chudzińska, K.Olender, „GMINA KRZEMIENIEWO WCZORAJ I DZIŚ”, Krzemieniewo 1997, w opracowanym przez Elżbietę Chudzińską i Karola Oleandra rozdziale XI. LEGENDY I OPOWIADANIA LUDOWE na str. 190 jest również legenda zatytułowana „Skarb w Luboni”, będąca - w sposób nie budzący wątpliwości - skrótem wyżej przedstawionego tekstu L.Siemieńskiego, o czym nie ma tam żadnej wzmianki. Oto ta skrócona wersja legendy:

S k a r b w L u b o n i

W starym zamku, z którego dziś pokazują tylko kopiec, znajdowały się ogromne skarby; każdy nowy dziedzic Luboni mógł je widzieć we śnie pierwszej nocy swego pobytu w zamku. Skarby te jednak mogły być wydobyte tylko niewinnymi rękami bez pomocy żelaza. Niejeden dziedzic zabierał do wykopywania skarbów, ale żadnemu się to nie udało. I tak było, aż nową ugodą Lubonia przeszła w ręce pani Zborowskiej, dziedziczki ośmdziesięciu okolicznych wsi. Po nabyciu Luboni nowa dziedziczka pierwszej nocy widziała we śnie owe skarby i, ogarnięta wielką chciwością, postanowiła je wydobyć. W tym celu powołała dzieci włościan swoich, nie więcej od trzech lat mające, i rozkazała im rękami rozrzucać ogromny kopiec.

Ziemia w Luboni twarda, toteż słabym pracownikom trudno było uporać się z zadaną pracą. W końcu karami i przymusem zdołano dziecięcymi rękami wygrzebać wielką jamę, na dnie której ukazała się murowana nisza z okutymi piwnicznymi drzwiami. Niełatwo było te drzwi otworzyć, odbito je wreszcie, ale za tymi pierwszymi drzwiami pokazujały się następne, za nimi jeszcze trzecie, coraz cięższe i coraz mocniejszym żelazem okute. Wszystkie jednak rozwalono i pani Zborowska weszła do wielkiej piwnicy, gdzie leżały kupy złota, jedne przy drugich, jak kupy plew w spichlerzu.

Łakomie rzuciła się Zborowska na złoto, gdy niespodziewanie jakiś ryk ozwał się ze szczytu zamkowego wzgórza, gdzie pokazał się jadący na koniu diabeł. „Szatan mi na imię” - ryknął – „i skarby te są moje, kto je dotknie, tego ogniem karać będę”. Pani Zborowska jedna nie zlękła się, ręce ku skarbom wyciąga i garść złota bierze. W tejże chwili dochodzą do niej głosy domowników: „Gore, gore w Pawłowicach”. Nazajutrz dziedziczka, niepomna wczorajszej kary, znowu udała się do piwnicy i znów chwyciła garść czartowskiego złota. I znów rozległy się głosy czeladzi: „Gore, gore w Zdzitowiecku”. I tym sposobem dwanaście wsi się spaliło, a pani Zborowska, nieugięta w łakomstwie, garnęła do siebie złoto. Wreszcie poddani, doświadczeni tak okrutnymi pożarami, sami spalili dwór dziedziczki w Luboni i ziemią zarzucili zaklęte skarby.

(wybrał: Z.Smoluchowski)
bez podania źródła (przyp.LD)

-------------------------------------------


Wzmiankowany na wstępie legendy kopiec koło Luboni zwany Łysą Górą
(widok z drogi Lubonia-Oporówko w kierunku północnym – marzec 2005 r.) – fot. LD


-------------------------------------------------------------------------------


Motto:
Czy to prawda, czy zmyślenie,
Nie wiem i próżno nie badam;
Dość żem słyszał to zdarzenie,
A com słyszał, opowiadam.
(Fr.Morawski)


Łysa Góra i jej legenda w mojej pamięci.

Miejsce to i związaną z nim legendę poznałem we wczesnym dzieciństwie za sprawą mojego dziadka – Stanisława Dwornika (1885-1963), który – mimo ukończenia tylko szkoły powszechnej – przez całe życie bardzo dużo czytał. Był przy tym na codzień człowiekiem raczej małomównym, zamkniętym w sobie i nawet dość szorstkim wobec otoczenia. Zupełnie innym był natomiast „od święta”, zwłaszcza dla przebywających z nim na codzień wnuków i siostrzeńców. Niedzielne wyprawy z nim po okolicy i wakacyjne leśne „rekolekcje” na Śmiłowie wspominamy wszyscy do dziś. Jemu zawdzięczamy wczesną znajomość większości bajek (z ulubionymi Przygodami Dyla Sowizdrzała) oraz niezapomniane przeżycia z „alpejskich wspinaczek” po zboczach nieistniejącej już piaskowni „Pioski”, wiosennego „topienia Marzanny” w podlubońskim rowie za Olszynkami, „poszukiwania kwiatu paproci” w Noc Świętojańską, czy... przerażającego widoku (oczywiście oczyma naszej wyobraźni) małych dzieci pozbawionych dłoni na skutek wybierania twardej ziemi, i w końcu... czarnego jeźdźca pędzącego na czarnym koniu z lasu od strony Robczyska z okrzykiem „Te skarby są moje!”. Tego się nie da zapomnieć.

Wspomniane dwa „drastyczne widoki” przesłoniły mi nieco w pamięci fabułę całej legendy, choć odnoszę nieodparte wrażenie, że dziadek opowiadał nam jej bardziej eufemistyczną wersję, podkreślając krzywdę i cierpienie dzieci, a eliminując zupełnie elementy „szatańskiego terroryzmu” w postaci pożarów okolicznych wsi. Pamiętam, że do kopania zatrudnione zostały dzieci z prowadzonej przez Panią „ochronki” (Pani była chyba bezimienna, a słowo „ochronka” padło na pewno, bo pamiętam jak przy pierwszym słuchaniu dopytywałem się, co ono znaczy, gdyż pierwszy raz zetknąłem się z takim określeniem). Potrójne drzwi metalowe uleciały z mojej pamięci. Nie było też chyba nic o pożarach okolicznych wsi ani o kilkudniowym procederze zagarniania skarbu. Legenda kończyła się tym, że po okrzyku jeźdźca (oczywiście szatana - maść konia i kolor szat jeźdźca są tu bez znaczenia): „te skarby są moje!” - wyrobisko natychmiast zawaliło się, zasypując ponownie skarby oraz pracujące tam dzieci i ich chciwą Panią. W wyniku tego zasypania powstał niewielki pagórek (kopiec), na którym mieszkańcy Luboni – dla upamiętnienia tego niesamowitego zdarzenia – umieścili figurki dwojga dzieci i ich okrutnej Pani. Tu dziadek prowadził nas dopiero na kopiec, gdzie faktycznie stały figury trzech postaci – pośrodku postać Pani (zwanej przez L.Siemieńskiego Panią Zborowską) oraz po jej bokach dwie małe postaci, chłopczyka i dziewczynki - zwróconych w stronę Pani i pokazujących jej rączki... bez dłoni (dla przypominania doznanych od niej cierpień i krzywd). Taki spektakl (pobudzające wyobraźnię opowiadanie poparte na końcu „dowodem rzeczowym”) utwierdzał nas w przekonaniu, że tak było naprawdę. Jako wytrawny opowiadacz, dziadek czekał zwykla na pytanie: „Dlaczego ta góra nosi nazwę Łysej Góry”? Jeżeli pytanie nie padło, to wyjaśniał sam (lub odpowiadał), że przez dłuższy czas po zdarzeniu na tym kopcu nic nie rosło i faktycznie wyglądał on „łyso”, a na okolicznej równinie każdy „kopiec” czy pagórek jest widoczny z daleka, więc nazywany bywa przeważnie „górą”. To też nas przekonywało. Nie interesowało nas wtedy, ani nam nie opowiadał, skąd znał tę legendę. Teraz – widząc niesamowitą dla mnie zgodność z literackim zapisem zatytułowanym „Skarb w Luboni” – bardzo mnie to ciekawi. Ale jest już za późno. Za te przeżycia, rozbudzające w nas przywiązanie do naszej „małej ojczyzny”, należy mu się jednak powyższa wzmianka.

Leonard Dwornik

Zdzitowiecko to oczywiście dzisiejsze Żytowiecko, a sklep to oczywiście piwnica (tu: loch).
Więcej zdjęć i osobistych refleksji w odsyłaczach:

Łysa Góra koło Luboni – miejsce akcji legendy „Skarb w Luboni”

O kopcu potęgującym atmosferę niesamowitości i nastrój wokół lubońskiego dworku



WARTO ZOBACZYĆ
Dwór Drobnin

Kościół Pawłowice

Dwór Oporowo

Kościół Drobnin

Pałac Pawłowice

Kościół Oporowo

Pałac Garzyn

Dwór Lubonia

Pałac Górzno
Wygenerowano w sekund: 0.00 6,233,019 Unikalnych wizyt