Listopada 02 2026 10:58:50
Nawigacja
· Strona główna
· FAQ
· Kontakt
· Galeria zdjęć
· Szukaj
NASZA HISTORIA
· Symbole gminy
· Miejscowości
· Sławne rody
· Szkoły
· Biogramy
· Powstańcy Wielkopolscy
· II wojna światowa
· Kroniki
· Kościoły
· Cmentarze
· Dwory i pałace
· Utwory literackie
· Źródła historyczne
· Z prasy
· Opracowania
· Dla genealogów
· Czas, czy ludzie?
· Nadesłane
· Z domowego albumu
· Ciekawostki
· Kalendarium
· Słowniczek
ZAJRZYJ NA


WITAMY NA STRONIE POŚWIĘCONEJ HISTORII GMINY KRZEMIENIEWO

Teren dzisiejszej gminy Krzemieniewo w województwie wielkopolskim, to obszar bardzo specyficzny ze względu na swoje zaszłości historyczne. Położony zawsze na uboczu wielkiej polityki, pozbawiony możliwości wykorzystania w pełni swojego potencjału gospodarczego jakim było rolnictwo, jednak się rozwijał. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że pierwsze wzmianki historyczne o istniejących tu miejscowościach sięgają czasów średniowiecza, co nawet w przypadku takiego regionu jak Wielkopolska, nie jest powszechne.
Sprawą oczywistą jest także, że osadnictwo na tych terenach rozwijało się wcześniej, choć nigdy nie przeprowadzano tu żadnych badań archeologicznych, które by to jednoznacznie potwierdzały. Z tego powodu też, każdy zainteresowany przeszłością gminy Krzemieniewo musi bazować na źródłach pisanych, które są na dodatek bardzo rozproszone i niepełne.
Historia każdego narodu i państwa jest wypadkową tego, co dzieje się na prowincji, rozumianej jako "mała ojczyzna". W związku z tym, będziemy chcieli losy tej "małej ojczyzny" w wymiarze dzisiejszej gminy Krzemieniewo odwiedzającym tę stronę przybliżyć. Każdy, kto liczy na gotową odpowiedź na każde pytanie, srodze się jednak zawiedzie. Niewiele tu będzie komentarzy, sporo zaś różnych źródeł. Będą to rzeczy rzadko prezentowane w takiej właśnie formie. Jeżeli chcesz poznać historię naszego terenu, zapraszamy do częstych odwiedzin.

------------------------------------------

Auf dem Gebiet der Krzemieniewo-Gemeinde gibt es noch heute viele Spuren von früheren deutschen Einwohnern. Das sind aber meistens verschiedene Gebäude. Es fehlt leider an geschriebenen Quellen. Wir haben also eine Bitte an ehemaligen Einwohnern von Krzemieniewo (Feuerstein) oder an ihren Nachwüchsen, ob sie vielleicht uns Nachrichten (Fotos, Dokumente, Tagebücher, Landkarten) zeigen könnten. Wir versprechen, alles auf dieser Seite zu publizieren.
JK
Unsere e-mail Adresse:
drobnin@o2.pl

TO JUŻ WKRÓTCE!
OBŁAWA NA KSIĘDZA. DWA LATA WIĘZIENIA ZA WIARĘ

Wielkopolska, czasy Kulturkampfu. Ponad sto zarzutów, policyjne obławy, nocne kryjówki i rewizja, podczas której żandarmi zajrzeli nawet do trumny. Pruska władza chciała go dopaść za wszelką cenę. On wciąż wracał do wiernych.

Najpierw zamknęli mu plebanię. Potem odebrali kościół. Wysłali za nim żandarmów, przetrząsali wiejskie domy, tropili go po lasach. A kiedy nawet to nie wystarczało, zaczęli szukać go tam, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewałby się ukrycia żywego człowieka — w trumnie. Ksiądz A. Kinowski przez długi czas wymykał się pruskiemu aparatowi represji. Znikał tuż przed nadejściem policji, zmieniał kryjówki i odprawiał Msze święte w miejscach, do których władza nie miała łatwego dostępu. Za jego głowę nie trzeba było wyznaczać nagrody. Wystarczyły rozkazy, donosiciele i ludzie gotowi zrobić wszystko, by doprowadzić go przed sąd. Gdy w końcu go schwytano, rachunek wystawiono bez litości: sześć tysięcy marek grzywny albo dwa lata więzienia. Jego przewinienie? Ponad sto przypadków sprawowania posługi kapłańskiej wbrew pruskim zakazom.

Żeby zrozumieć, dlaczego zwyczajny ksiądz stał się celem tak zaciekłych poszukiwań, trzeba cofnąć się do czasów Kulturkampfu — politycznej walki pruskiego państwa z Kościołem katolickim. Władze chciały podporządkować sobie duchowieństwo, ograniczyć wpływ Rzymu i decydować, kto może sprawować funkcje kościelne. Ustawy majowe dawały państwu narzędzia do ingerowania w życie religijne. Dla księży oznaczało to wybór, którego konsekwencje mogły być dramatyczne: podporządkować się urzędnikom czy pozostać wiernym własnemu powołaniu. Ksiądz Kinowski nie zamierzał uznać, że pruski rozkaz może unieważnić jego kapłańskie obowiązki. I właśnie wtedy zaczęły się kłopoty, które przerodziły się w wieloletnią walkę o wolność.

Święcenia kapłańskie przyjął 13 lipca 1873 roku z rąk arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Trafił do Starego Gostynia, gdzie miał pomagać schorowanemu proboszczowi Wojciechowskiemu. Nic nie zapowiadało, że wkrótce jego nazwisko będzie kojarzone z obławami, ucieczkami i więziennymi murami. Z Rawicza nadszedł jednak rozkaz landrata: ma zaprzestać wykonywania obowiązków kapłańskich. Dla administracji sprawa była prosta — urzędnik wydaje polecenie, duchowny ma się podporządkować. Kinowski odmówił. Nie porzucił parafian, nie przestał odprawiać nabożeństw i nie uznał, że państwo może decydować o tym, czy wolno mu być księdzem. W odpowiedzi pojawiły się przesłuchania, grzywny i groźby więzienia. Mechanizm represji ruszył.

3 lutego 1874 roku sytuacja eksplodowała. Tego dnia aresztowano arcybiskupa Ledóchowskiego. Tego samego dnia ksiądz Kinowski został skazany na pięć miesięcy więzienia. Władze mogły sądzić, że po takim ciosie duchowny zamilknie, a parafia zostanie pozbawiona kapłana. Stało się inaczej. Nawet w Wielkim Tygodniu Kinowski nie zaprzestał posługi. Odprawiał nabożeństwa, spotykał się z wiernymi i robił to, co uważał za swój obowiązek. W końcu po niego przyszli.

Do kościoła wkroczyli inspektor więzienny i żandarmi. Nie przybyli na modlitwę. Mieli wykonać wyrok i zabrać księdza za kraty. Wieść o ich obecności rozeszła się wśród wiernych. W świątyni rozegrała się scena, której nie sposób pomylić ze zwykłym aresztowaniem. Parafianie stanęli w obronie duchownego. Niektórzy położyli się na podłodze, blokując przejście i próbując własnymi ciałami zagrodzić drogę funkcjonariuszom. Żandarmi znaleźli się naprzeciw ludzi, którzy nie zamierzali oddać swojego księdza bez protestu. Napięcie rosło.

Wystarczyłby jeden gwałtowny ruch, by doszło do tragedii.

Kinowski wiedział, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli. Uspokoił parafian i nie pozwolił, by w jego obronie doszło do przemocy. Ostatecznie dał się wyprowadzić. Żandarmi zabrali go, a w kościele pozostali ludzie, którzy właśnie zobaczyli, jak ich kapłan znika w rękach pruskiej władzy. Nie była to jednak ostatnia scena tego dramatu. W więzieniu w Koźminie spędził jedenaście miesięcy.

Kiedy w marcu 1875 roku wrócił do Starego Gostynia, parafianie przyjęli go tak, jak przyjmuje się kogoś, kogo powrotu nie było się pewnym. Pojawiły się światła i flagi, a wśród ludzi rozbrzmiała pieśń „Kto się w opiekę”. Można było pomyśleć, że po miesiącach więzienia ksiądz wreszcie odzyska spokój.

Tymczasem za kulisami przygotowywano kolejny cios. Plebania została zapieczętowana. Kinowski nie mógł po prostu wrócić do swojego domu i wznowić normalnej pracy. Władze zamierzały usunąć go jeszcze dalej — planowano przymusowe wysiedlenie do Bitterfeld w Saksonii. Miał zniknąć z okolicy, w której wierni nadal go potrzebowali.

Tym razem nie czekał, aż żandarmi zapukają do drzwi. Zniknął.

Rozpoczął się okres, w którym każdy dzień mógł przynieść aresztowanie. Ksiądz ukrywał się w domach zaufanych ludzi, przenosił z miejsca na miejsce, a niekiedy szukał schronienia w lasach. Nie mógł pozwolić sobie na dłuższy pobyt w jednym miejscu. Każdy obcy przybysz mógł być zwiastunem niebezpieczeństwa, a każde podejrzane zachowanie — początkiem kolejnej rewizji. Żandarmi sprawdzali gospodarstwa, wypytywali mieszkańców i szukali śladów uciekiniera. Pojawiały się ogłoszenia o poszukiwanym księdzu. Władza chciała go znaleźć, zanim ponownie wymknie się z jej rąk.

Ale Kinowski miał coś, czego nie dało się łatwo aresztować: pomoc ludzi.

Młodzi parafianie obserwowali drogi i wypatrywali żandarmów. Gdy pojawiało się zagrożenie, ostrzegali księdza. Gospodarze otwierali przed nim drzwi, choć wiedzieli, że za udzielenie schronienia mogą sami znaleźć się pod lupą policji. Ktoś musiał dostarczyć żywność, ktoś inny przekazać wiadomość, jeszcze ktoś wskazać bezpieczną drogę. W tej grze nie było miejsca na przypadkowe słowa. Jedno nieostrożne zdanie mogło zniszczyć wszystko. Władza miała urzędy, policję i sądy. Ścigany duchowny miał ludzi, którzy nie chcieli go wydać.

Pewnego dnia Kinowski wyruszył do kościoła, by odprawić Mszę świętą w intencji deszczu. Okolica potrzebowała wody, a mieszkańcy liczyli na modlitwę. W drodze dotarła do niego jednak wiadomość, która zmieniła wszystko: w okolicy trwa obława. Zamiast iść dalej, musiał schronić się w lesie. Parafianie dostarczali mu żywność, starając się nie zdradzić jego kryjówki. Wystarczyło, by żandarmi zauważyli niewłaściwą osobę na drodze albo dostrzegli ślad prowadzący w głąb lasu, a uciekinier mógł wpaść w ich ręce. Tego wieczoru spadł obfity deszcz. Dla mieszkańców, żyjących w napięciu i niepewności, mogło to być źródłem nadziei. Pościg jednak trwał.

Władze nie ograniczały się już do tropienia samego księdza. Zaczęły rozpracowywać jego otoczenie. Kto go widział? Kto udzielił mu schronienia? Kto wiedział o nabożeństwie? Kto przynosił mu jedzenie? Każde takie pytanie mogło oznaczać przesłuchanie, a każde przesłuchanie — kolejne zagrożenie dla osób pomagających duchownemu. Sieć solidarności, która pozwalała mu przetrwać, stawała się jednocześnie celem represji.

Szczególnie wymowny epizod wydarzył się 16 czerwca, w uroczystość świętego Benona. Kinowski zorganizował spotkanie z trzema innymi księżmi prześladowanymi przez władze. Nie był to bezpieczny zjazd duchownych w zaciszu plebanii. Każda taka wizyta mogła przyciągnąć uwagę policji, a obecność kilku poszukiwanych księży w jednym miejscu zwiększała ryzyko. Funkcjonariusze zaczęli przesłuchiwać świadków. Jeden z pomocników kościelnych, zapytany o przybyszów, odpowiedział, że księża przybyli z „Jerozolimy”. Była to zmyłka, która miała utrudnić ustalenie ich pochodzenia. W tej historii pojawiały się więc nie tylko strach i poświęcenie, lecz także spryt, żart i umiejętność wyprowadzenia prześladowców w pole.

Jednym z miejsc, w których Kinowski znajdował schronienie, był pałac Kurnatowskich w Dusinie. Nawet tam nie mógł jednak liczyć na spokój. Niemiecki ogrodnik przekazywał władzom informacje, a rewizje stawały się coraz częstsze. W każdej chwili policja mogła wkroczyć do domu, sprawdzić pomieszczenia i wypytywać gospodarzy. Jeśli ksiądz znajdował się w środku, wystarczył jeden błąd, by cała kryjówka przestała istnieć. Jeśli zdążył uciec, pozostawało pytanie: dokąd pójdzie następnym razem?

Pruska administracja uderzyła również w samo centrum życia parafii. Kościół w Starym Gostyniu zamknięto, a w plebanii umieszczono żandarma, który miał pilnować, by nie odbywały się tam nabożeństwa. To miało być rozwiązanie ostateczne: odebrać księdzu świątynię, utrudnić mu kontakt z wiernymi i przerwać działalność. Ale nawet zamknięte drzwi nie kończyły sprawy. Kinowski nadal się przemieszczał, a w 1876 roku otrzymał wskazówki dotyczące tajnego duszpasterstwa i przenośne wyposażenie ołtarzowe. Msze zaczęto odprawiać nocami i w prywatnych domach.

Kościół można było zamknąć. Księdza można było ścigać. Ale wiary nie dało się zapieczętować urzędową pieczęcią.

Nabożeństwa w ukryciu wymagały starannego przygotowania. Trzeba było wybrać miejsce, zawiadomić zaufanych wiernych i uważać, by wiadomość nie dotarła do policji. Spotkania odbywały się w warunkach, w których zwykły odgłos na podwórzu mógł wywołać niepokój. Każdy przybysz mógł być gościem albo zagrożeniem. Każda chwila zwłoki mogła oznaczać, że żandarmi zdążą zamknąć drogę ucieczki. Mimo to wierni przychodzili, a Kinowski odprawiał Msze. Nie przestał być kapłanem tylko dlatego, że państwo postanowiło uczynić z jego posługi przestępstwo.

W Poniedziałek Wielkanocny 1877 roku doszło do kolejnej konfrontacji. Po nieszporach ksiądz otrzymał ostrzeżenie: przy kościele są policjanci. Nie było czasu na długie narady. Kinowski zamknął drzwi i przebrał się w chłopską sukmanę. Liczył, że jeśli uda mu się wmieszać w tłum, zdoła przejść niezauważony. Na zewnątrz żandarmi próbowali dostać się do świątyni. Używali drągów i żerdzi, podważali drzwi, naciskali i szukali sposobu, by sforsować wejście. Przez około dwie godziny trwała walka z zamkniętymi drzwiami.
Wokół zgromadzili się parafianie. Tłum utrudniał policjantom działanie, ale nie oznaczał, że ksiądz był bezpieczny. Jeśli ktoś rozpoznałby go w przebraniu, jeśli wskazałby jego kryjówkę, wszystko mogłoby zakończyć się natychmiastowym zatrzymaniem. Tym razem funkcjonariusze odeszli, nie osiągnąwszy celu. Kinowski po raz kolejny uniknął aresztowania. Dla żandarmów musiało to być upokarzające: od miesięcy ścigali człowieka, który potrafił wymknąć się nawet wtedy, gdy wydawało się, że wszystkie drogi zostały zamknięte.

Następne rewizje stawały się coraz bardziej bezwzględne. W Pożegowie policja przeszukiwała dom, w którym odbywał się pogrzeb. Podejrzenia były tak daleko idące, że funkcjonariusze otworzyli trumnę, sprawdzając, czy nie ukryto w niej poszukiwanego księdza. Scena ta mówi więcej niż niejeden urzędowy raport. Nawet żałobna ceremonia nie stanowiła przeszkody dla obławy. Nawet trumna mogła stać się przedmiotem rewizji, jeśli istniała choćby nikła szansa, że poszukiwany wymknął się policji w niecodzienny sposób.

Jednak najbardziej niebezpieczny okazał się nie kolejny donos ani przeszukanie, lecz cierpliwość przeciwnika. Po miesiącach nieudanych prób władze postanowiły zastawić pułapkę. W środku nocy miejscowy komisarz i żandarm ukryli się na plebanii. Nie chodzili po domach, nie wypytywali mieszkańców, nie wzbudzali alarmu. Czekali. Przez szczeliny w okiennicach obserwowali teren, wypatrując człowieka, którego nie udało się schwytać podczas licznych obław. Tym razem nie zamierzali go gonić. Chcieli pozwolić mu samemu wejść w zasadzkę.

O świcie ksiądz Kinowski wszedł przez bramę kościelną w Siemowie. Nie wiedział, że ktoś już na niego czeka. Funkcjonariusze ruszyli z ukrycia i zatrzymali go. Po długim okresie ucieczek pościg dobiegł końca. Nie było tłumu blokującego drzwi, lasu, do którego można zniknąć, ani ostrzeżenia, które pozwoliłoby zdążyć przed policją. Tym razem pułapka zadziałała. Kinowski został przewieziony do więzienia w Gostyniu.

Teraz pruska władza mogła wreszcie postawić go przed sądem. I zamierzała wykorzystać tę szansę do końca.
Proces odbył się 29 lipca 1877 roku. Na ławie oskarżonych znalazł się kapłan, któremu przypisano ponad sto przypadków nielegalnego sprawowania czynności duszpasterskich. Kinowski przyznał się do zarzucanych mu czynów. Nie była to próba uniknięcia odpowiedzialności. Chciał oszczędzić parafianom występowania w sądzie i składania zeznań, które mogłyby ściągnąć na nich kolejne represje. Wolał, by ciężar sprawy spadł na niego, niż by ludzie, którzy go wspierali, musieli płacić za swoją pomoc.

Podczas rozprawy prokurator odwołał się do słów świętego Pawła o obowiązku posłuszeństwa władzom świeckim. Kinowski nie zamierzał jednak przyjąć argumentacji, według której państwowy rozkaz ma zawsze pierwszeństwo przed sumieniem. Odpowiedział, że władza duchowa również jest władzą, a gdy dochodzi do konfliktu, należy bardziej słuchać Boga niż ludzi. W jednej chwili proces o dziesiątki i setki nabożeństw stał się starciem dwóch porządków: państwowego przymusu i religijnego obowiązku. Dla pruskich urzędników był oskarżonym, który złamał przepisy. Dla siebie pozostawał księdzem, który nie mógł porzucić wiernych.
Wyrok był druzgocący. Za każdy z zarzucanych czynów wymierzono sześćdziesiąt marek grzywny albo dziesięć dni więzienia. Łącznie oznaczało to sześć tysięcy marek lub dwa lata za kratami. Kwota była ogromna. Kinowski nie mógł jej zapłacić, więc czekał go powrót do więzienia w Koźminie. Przez ponad dwa lata miał ponosić konsekwencje tego, że odprawiał Msze święte, udzielał posługi i nie podporządkował życia religijnego decyzjom pruskich urzędników.

Za murami więzienia nie kończyła się jednak walka o jego los. Stan zdrowia księdza zaczął się pogarszać. Po piętnastu miesiącach zachorował na chorobę piersiową i został czasowo zwolniony. W jego sprawie interweniował prałat Ludwik Jażdżewski, który zabiegał u ministra sprawiedliwości o darowanie pozostałej części kary. Starania przyniosły rezultat. Ostatecznie Kinowski spędził w więzieniach około dwudziestu sześciu i pół miesiąca. Dopiero później część kosztów sądowych i więziennych została mu darowana — po zakończeniu Kulturkampfu w 1886 roku.

Tak oto człowiek ścigany przez lata, ukrywający się w domach i lasach, odprawiający nabożeństwa w tajemnicy i wymykający się kolejnym obławom, zapłacił za swoją wierność ponad dwa lata wolności. Pruska administracja zamykała kościoły, pieczętowała plebanie, wysyłała żandarmów i karała za sprawowanie posługi. Nie zdołała jednak sprawić, by Kinowski dobrowolnie porzucił to, co uważał za najważniejsze.

W swoich wspomnieniach ksiądz ujął późniejszy odwrót pruskiej polityki wobec Kościoła słowami, że Bismarck „poszedł do Canossy”. Było to mocne podsumowanie konfliktu, w którym państwo próbowało narzucić Kościołowi własne warunki, a ostatecznie musiało ustąpić. Dla Kinowskiego nie oznaczało to, że odzyskane lata można było cofnąć. Więzienie, choroba, rozłąka z wiernymi i nieustanny strach pozostawiły po sobie ślad.

A jednak w tej historii najważniejsze nie są same wyroki ani liczba przeprowadzonych rewizji. Najbardziej uderza obraz wielkopolskiej społeczności, która nie odwróciła się od ściganego księdza. Ludzie otwierali przed nim domy, przynosili mu żywność, ostrzegali przed żandarmami i pomagali organizować tajne nabożeństwa. Ryzykowali własnym spokojem, bo nie chcieli uznać, że o ich życiu religijnym może decydować pruski urzędnik. Jedni pomagali z odwagi, inni z przywiązania do parafii, jeszcze inni z poczucia obowiązku. Razem stworzyli sieć, której władza przez długi czas nie potrafiła rozbić.

Pozostały po niej obrazy niemal niewiarygodne: parafianie leżący na podłodze kościoła, by powstrzymać aresztowanie; ksiądz znikający w lesie tuż przed obławą; nocne Msze odprawiane w prywatnych domach; żandarmi próbujący przez dwie godziny wyważyć drzwi świątyni; wreszcie trumna otwierana podczas pogrzebu w poszukiwaniu człowieka, którego policja nie potrafiła schwytać. I finał — zasadzka o świcie, sąd i wyrok, który miał zakończyć opór.

Pruska władza mogła go ścigać. Mogła go zamknąć. Mogła odebrać mu wolność na ponad dwa lata. Nie zdołała jednak zmusić go, by wyrzekł się własnego sumienia. To dlatego historia księdza A. Kinowskiego pozostaje czymś więcej niż opowieścią o jednym prześladowanym duchownym. Jest świadectwem czasu, w którym zwykła Msza święta mogła stać się aktem nieposłuszeństwa, plebania — celem policyjnej zasadzki, a pomoc sąsiadowi — ryzykiem starcia z państwem. I właśnie dlatego ta historia brzmi tak mocno: nie potrzeba w niej wymyślonych bohaterów ani fikcyjnych pościgów. Wystarczyły prawdziwe obławy, prawdziwe więzienie i ludzie, którzy nie zamierzali ustąpić.

W 1887 roku Antoni Kinowski objął probostwo w Oporowie i pełnił je aż do śmierci. Nie był wyłącznie duszpasterzem. Angażował się w życie społeczne i sprawy polskie, za co był powszechnie szanowany.

Ksiądz Antoni Kinowski zmarł w Poniecu 29 sierpnia 1923 roku. Został pochowany na przykościelnym cmentarzu w Oporowie, gdzie ćwierć wieku wcześniej spoczęła jego matka, Emilia z Jaraczewskich Kinowska. Miał wówczas 77 lat, z których 51 przeżył w kapłaństwie.

_______________________________________________


To jedna z wielu niezwykłych historii, które skrywa Oporowo.

Już wkrótce w książce „W cieniu wiejskiej drogi. Siedem wieków historii Oporowa w świetle źródeł” zaprosimy Was do odkrywania przeszłości naszej małej ojczyzny. Będą w niej ludzie z krwi i kości, dramatyczne wydarzenia, zapomniane opowieści i fakty, które potrafią zaskoczyć nawet tych, którzy od lat mieszkają w tej okolicy.
Bo historia Oporowa to nie tylko daty i nazwiska. To niezwykłe ludzkie losy, tajemnice i wydarzenia, o których warto pamiętać.
Już niedługo przekonacie się, ile fascynujących opowieści kryje się w cieniu wiejskiej drogi!


Elżbieta i Jerzy Kownaccy



SETNA ROCZNICA UTWORZENIA OSP W KRZEMIENIEWIE
Z tej okazji przypominamy artykuł z roku 2009.

Powstanie OSP Krzemieniewo


Ogień od dawna towarzyszy ludzkości. Potrafi być z jednej strony przyjazny, ale jest również groźny. Długi czas w okolicy pamiętano pożar, do którego doszło w roku 1873, kiedy to spaliły się wszystkie zabudowania tamtejszego majątku, a w płomieniach zginęło 600 owiec. Takich tragedii (choć na mniejszą skalę) było więcej. Pożarom sprzyjały wówczas drewniana w dużej mierze zabudowa i ludzka niefrasobliwość. Najczęściej walka z tym potężnym żywiołem w pojedynkę nie miała najmniejszych szans.

W niedzielę 12.09.1926 roku w sali szkolnej odbyło się zebranie miejskiej części mieszkańców Krzemieniewa, podczas którego zapadła decyzja o utworzeniu na terenie tej miejscowości Ochotniczej Straży Pożarnej. Zebraniu przewodniczył sołtys Andrzejczak, który poinformował przybyłych, że już od jakiegoś czasu czyniono starania o powołanie tej organizacji, jednak z powodów administracyjnych do tej pory było to niemożliwe. Jednym z inicjatorów jej powstania był kierownik miejscowej (niemieckiej) szkoły, Adam Kaisar. To właśnie on, zabierając głos w dyskusji, przekonywał zebranych do korzyści, jakie może wszystkim mieszkańcom Krzemieniewa i najbliższych okolic przynieść działalność straży pożarnej. Wielkie wrażenie na słuchaczach wywarły jego słowa: „Ochrona życia i mienia całego społeczeństwa przed niszczącą klęską żywiołową, jaką jest pożar, spoczywa w rękach nie sił płatnych, lecz samych obywateli, dobrowolnie stających w szeregu pod sztandarem bezinteresownej, ofiarnej, a ciężkiej i odpowiedzialnej służby publicznej. Łączmy więc w wielką rodzinę i pracujmy wytrwale dla dobra naszej małej wioski i okolicy i dla dobra naszej drogiej Matki Ojczyzny, ponieważ największym jest ten, który jest sługą wszystkich, który każdemu chce przysłużyć”. Za słowa te otrzymał gorące brawa. W podobnym tonie przemówił obecny na tym zebraniu naczelnik Straży Pożarnej, Wilczak z Leszna, który przy okazji poinstruował wszystkich, jak mają postępować na wypadek pożaru.

Do Ochotniczej Straży Pożarnej w Krzemieniewie wstąpiło tego dnia 36 członków czynnych, przeważnie rolników, w tym połowa Polaków i połowa Niemców. Wybrany został również zarząd straży, w skład którego weszli: Jerzy Siwy (naczelnik), Oskar Schlecht (zastępca naczelnika), Antoni Kaczmarek (sekretarz), Karol Schnecke (skarbnik), Adam Kaisar (doradca).

Zarząd na swym posiedzeniu 30.09.1926 roku podzielił krzemieniewską Straż na 4 oddziały: I oddział ratunkowy: Władysław Lestor (przodownik), Brunon Heider (strażak), Helmut Wandeit (strażak), Richard Wandelt (strażak), Wilhelm Hübsch (strażak), Wojciech Klimpel (strażak), Walenty Maćkowiak (strażak), Klemens Dziedzic (strażak), Walenty Chałupka, (strażak); II oddział sikawkowy: Jan Chałupka (I przodownik), Antoni Kaczmarek (II przodownik), Bronisław Kaczmarek (strażak), Stefan Maćkowiak (strażak), Nikodem Kaminiarz (strażak), Karol Grędecko rolnik (strażak), Stanisław Andrzejczak (strażak), Emil Weigł (strażak), Wilhelm Flegner (strażak), Otto Hoch (strażak); III oddział wodny: Wojciech Ratajczak (przodownik), Jerzy Schnecke (strażak), Albert Hoch (strażak), Hugo Franzke (strażak), Łucjan Konatowski (strażak), Józef Kruk (strażak), Ignacy Kamiński (strażak); IV oddział porządkowy: Fryderyk Stolpe (przodownik), Józef Majorek (strażak), Feliks Słuchowski (strażak), Albert Gäbel (strażak), Józef Kamieniarz (strażak), Karol Schnecke (strażak), Albert Franzke (strażak). Oczywiście w składach osobowych i zarządu, i poszczególnych oddziałów zachodziły w latach następnych zmiany. Jedni strażacy odchodzili, inni się wyprowadzali, zachodziły do działania nigdy nie brakowało. Na samym początku warunki służby były dość trudne. Brakowało oprócz chęci dosłownie wszystkiego. Jedynym powodem do dumy było posiadanie konnej sikawki, nad którą czuwał Jan Chałupka. Nikogo to jednak nie zrażało i jak było trzeba, to strażacy z Krzemieniewa stawali zawsze na posterunku, niosąc pomoc potrzebującym. Pożarów na szczęście nie było w okolicy zbyt wiele (np. w roku 1927 – 4, a w roku 1928 – 3). W związku z tym było dość dużo czasu, aby się szkolić i doskonalić umiejętności przydatne w późniejszej walce z żywiołem. Wszystko to odbywało się oczywiście pod kontrolą, a notę było, że przynajmniej 2 razy w roku straż była wizytowana przez naczelnika z Leszna. W większości przypadków wyniki kontroli były pozytywne.

Miejscowa społeczność była bardzo zadowolona z efektów pracy strażaków i ich zaangażowania, nie szczędzono im nie tylko słów zachęty, ale również i datków finansowych. W roku 1927 trz. członkowie wspierający zebrali: w Krzemieniewie 162 zł; w Belęcinie 115 zł; w Drobninie, Pawłowicach i Luboni 419.50 zł. Oprócz tego straż wsparta również została środkami okolicznych wielkich majątków ziemskich: Ponikiewski z Drobnina kwotą 100 zł, Mietlicki z Pawłowic 100 zł, Ponikiewski z Brylewa 25 zł. Za te pieniądze kompletowano sprzęt (umundurowanie, toporki bojowe) potrzebny w czasie prowadzonych akcji. Oczywiście strażacy wypracowywali również środki finansowe we własnym zakresie. Najczęściej odbywało się to w formie zabaw tzw. letnich i sylwestrowych. Dzięki temu już w roku 1928 wszyscy strażacy posiadali na swym wyposażeniu hełmy, a w 1929 roku mundury. Pieniądze otrzymywano również w formie subwencji z Wydziału Powiatowego w Lesznie oraz jako premię za czynny udział w gaszeniu pożarów od Generalnej Dyrekcji Krajowego Ubezpieczenia Ogniowego.

Krzemieniewscy strażacy swoją obecnością uświetniali święta państwowe (3 Maja, 11 Listopada), okolicznościowe akademie z okazji urodzin marszałka Piłsudskiego i prezydenta Mościckiego. Brali również z sukcesami udział w zawodach powiatowych. Swoje obowiązki wypełniali bez zarzutu, niejednokrotnie narażając swe życie w myśl hasła: „Bogu na chwałę, a ludziom i naszej drogiej Ojczyźnie na pożytek”.


ELŻBIETA I JERZY KOWNACCY

ZAPROSZENIE DO OPOROWA


"

KOŚCIÓŁ W OPOROWIE
(kliknij w obrazek)

Zapraszam na stronę z historią Oporowa, gdzie odkryjesz losy mieszkańców, zabytków i wydarzeń, które kształtowały tę miejscowość na przestrzeni wieków. Znajdziesz tu opowieści o dawnym życiu codziennym, lokalnych tradycjach i zwyczajach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Prezentujemy materiały archiwalne, fotografie oraz dokumenty, które pozwalają lepiej zrozumieć przeszłość i wyjątkowy charakter Oporowa. To miejsce dla wszystkich zainteresowanych historią lokalną – zarówno mieszkańców, jak i osób poszukujących informacji o swoich korzeniach, rodzinnych powiązaniach czy dziejach regionu. Dzięki zgromadzonym materiałom możesz odbyć fascynującą podróż w czasie i poznać wydarzenia, które pozostawiły trwały ślad w historii tej miejscowości.

WARTO ZOBACZYĆ
Dwór Drobnin

Kościół Pawłowice

Dwór Oporowo

Kościół Drobnin

Pałac Pawłowice

Kościół Oporowo

Pałac Garzyn

Dwór Lubonia

Pałac Górzno
Wygenerowano w sekund: 0.00 9,688,404 Unikalnych wizyt